Wydrukuj tę stronę
niedziela, 29 marzec 2020 23:26

Grzegorz Ćwik - Perspektywy

W dobie coraz dalej posuniętej infekcji liberalizmem rozmaitych sfer życia doprawdy nietrudno o to, by pozwolić sobie na podświadome przyjęcie liberalnych i wolnorynkowych aksjomatów. Pisałem o tym swego czasu w tekście „Skryta mentalność liberalna”. Nie trzeba w sposób świadomy wyznawać i utożsamiać się z liberalizmem, aby na co dzień w praktyce posługiwać się takimiż wyobrażeniami i projekcjami.

 

Dlatego też sądzę, że warto konfrontować w pewnych drażliwych i wrażliwych kwestiach różne poglądy i osądy. Nie tylko dla intelektualnego ćwiczenia i słownej ekwilibrystyki, ale przede wszystkim dla rozdzielnia tego co narodowe, społeczne i wspólnotowe, od tego co liberalne, kapitalistyczne i indywidualistyczne. Łatwo bowiem prześledzić duże fora narodowe na portalach społecznościowych, żeby stwierdzić, że osoby mieniące się narodowcami czy nacjonalistami bardzo często posługują się argumentacją i retoryką wyjętą wprost z ust Korwina, Petru, Tuska czy Balcerowicza. A chyba nie o taki nacjonalizm nasi ideowi przodkowie walczyli?

 

Nie przedłużając wstępu przejdźmy do porównania perspektyw przy opisie różnych zjawisk ekonomicznych, społecznych i pracowniczych z życia III Rzeczpospolitej.

 

 

Rok 1989 czyli pucz Balcerowicza

 

Obecna Polska to dziecko przede wszystkim planu Balcerowicza oraz polityków „Solidarności”, którzy w błyskawicznym tempie zaakceptowali go i przepchnęli przez sejmowe głosowania i procedury. Jak przyznawali po latach właściwie nie wiedzieli do końca za czym głosują i jakie skutki może mieć ten plan dla Polski. Co ciekawe rodząca się „demokratyczna” Polska w najmniejszym stopniu nie skonsultowała ze społeczeństwem tak daleko idących reform – ze wszystkich państw wschodniej części żelaznej kurtyny niestety III RP pod tym względem jest na samym końcu, jeśli idzie o praktyczny poziom dialogu władzy ze społeczeństwem.

 

Perspektywa liberalna

 

Plan Balcerowicza to w tym ujęciu prawdziwie sorelowski mit – założycielski mord nowej, wolnorynkowej Polski. Czym właściwie był Plan Balcerowicza? To pakiet 10 ustaw uchwalonych przez Sejm 27 i 28 grudnia a następnie podpisanych przez prezydenta Jaruzelskiego 31 grudnia. Ustawy te to między innymi:

 

  • Ustawa o zmianie ustawy o gospodarce finansowej przedsiębiorstw państwowych – usuwała gwarancję istnienia wszystkich przedsiębiorstw państwowych niezależnie od ich wyników finansowych i efektywności produkcji, umożliwiała przeprowadzenie postępowania upadłościowego wobec przedsiębiorstw nierentownych.

     

  • Ustawa o zmianie ustaw Prawo bankowe i o Narodowym Banku - zakazywała finansowania deficytu budżetowego przez bank centralny, uniemożliwiała nieograniczoną emisję pieniędzy bez pokrycia.

     

  • Ustawa o uporządkowaniu stosunków kredytowych – znosiła preferencje kredytowe przedsiębiorstw państwowych wiążąc stopę oprocentowania ze stopą inflacji, zmieniała warunki zawartych wcześniej umów kredytowych o stałym oprocentowaniu.

     

  • Ustawa o opodatkowaniu wzrostu wynagrodzeń . – wykorzystywała wprowadzony już pięć lat wcześniej popiwek jako drastyczne narzędzie ograniczania wzrostu nominalnych płac w przedsiębiorstwach w stosunku do rzeczywistego wzrostu cen.

     

  • Ustawa o zatrudnieniu– zmieniała reguły funkcjonowania biur pośrednictwa pracy oraz unieważniła ustawę o osobach uchylających się od obowiązku pracy. Formalnie sankcjonowała istnienie bezrobocia.

     

Ponadto plan Balcerowicza zakładał daleko idącą prywatyzację sektora państwowego czy ułatwienia mające zachęcić zagraniczny kapitał do masowego inwestowania.

 

W optyce liberalnej plan Balcerowicza to polska wersja „TINA” – there is no alternative. Wprawdzie słów tych najpewniej Margaret Thatcher nie użyła, mimo że są jej powszechnie przypisywane, jednak nie ma to znaczenia. Akronim ten oznacza liberalną perspektywę, która jest niezwykle w swym determinizmie i fatalizmie podobna do… marksizmu i socjalizmu. Konieczne są takie a takie zmiany, bo to oczywiste, taki jest proces dziejowy, logika i konieczność. Po prostu nie da się inaczej.

 

Balcerowicz uratował Polskę i umożliwił jej przejście od fazy niewydolnej gospodarki nakazowo-rozdzielczej do wolnego rynku – jeszcze do niedawna stwierdzenie to przyjmowano właściwie we wszystkich środowiskach bez słowa sprzeciwu. Dopiero zmiana partii rządzącej w 2015 roku i rozwój niezależnych mediów i ośrodków analiz zmieniły ten paradygmat.

 

Wedle tej wykładni w roku 1988 i 1989 Polska stanęła w obliczu całkowitego upadku swej państwowości. Gospodarka jako taka nie tylko przestała wytwarzać dobra i realizować jakiekolwiek plany, ale także zbankrutowała i ze względu na ogromne zadłużenie oraz zacofanie technologiczne PRL nie był w stanie w żaden sposób zawalczyć z coraz gorszymi wskaźnikami ekonomicznymi.

 

Reformy Balcerowicza, a zwłaszcza masowa prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych, prywatyzacja usług społeczno-socjalnych oraz szerokie otwarcie na zagraniczny kapitał to najczęściej podawane przez wyznawców liberalizmu pozytywne skutki działań Balcerowicza oraz stojących za nim polityków „Solidarności”. Do warunków nowej, kapitalistycznej Polski jedni się przystosowali i ciężko pracowali na swój sukces, a inni (osławieni homo sovieticus) popadli w marazm, lenistwo, nieróbstwo i roszczeniowość (jedno ze słów-kluczy polskich liberałów). O ile poprzedni ustrój warunkował bumelanctwo, koterie o tyle nowy stawia na pracowitość, elastyczność i ciągły samorozwój.

 

Perspektywa wspólnotowa

 

O ile nie ma wątpliwości co do tego, że pod koniec lat 80-tych Polska faktycznie była w stanie dość zaawansowanego kryzysu ekonomicznego, społecznego i politycznego, o tyle twierdzenie, że był to „kraj zgliszczy” czy „kraj w ruinie” (jak stwierdził ongiś prezydent Komorowski) jest rażącym nadużyciem. Najważniejszym, wbrew pozorom, problemem PRL-u była jego polityczna niewydolność, która zaowocowała stanem permanentnego konfliktu władzy z „Solidarnością”, a to uniemożliwiało w ramach tego systemu jakiekolwiek sensowne rozwiązanie. Ani sierpień 1980 roku, ani stan wojenny ani następujący po nim okres wielkich strajków nie przyniosły przełomu.

 

Oczywiście pod względem ekonomicznym PRL odstawał na niejednej płaszczyźnie od zachodniej konkurencji. Częściowe zapóźnienie technologiczne, skomplikowane procedury, zasady i niejasne łańcuchy dostaw, ograniczenia wynikające ze zwierzchniej roli Moskwy i jeszcze kilka innych spraw negatywnie wpływały na finansowe i gospodarcze saldo PRL-u.

 

Jeśli jednak spojrzeć na PRL jako monolit, to można stwierdzić, że być może najważniejszym (i jedynym) sensem dziejowym tego ustroju było stworzenie ogromnej infrastruktury przemysłowej i transportowej. W roku 1989 Polska posiadała 6549 zakładów przemysłowych, z czego 94% stanowiły zakłady duże, zatrudniające ponad 100 osób – z definicji więc bardziej dochodowe i rentowne niż małe firmy powstające w III RP jak grzyby po deszczu. Co ważne, nie tylko przemysł ciężki istniał w Polsce (ten od lat 70-tych był w stanie kryzysu na całym świecie) ale także szereg nowoczesnych branż: przetwórstwa spożywczego, produkcji maszyn, elektroniki profesjonalnej, zakładów produkcji lamp elektronowych, aparatury medycznej, sprzętu lotniczego, etc. To był realny kapitał w skali makro, jaki Polska posiadała wchodząc w nową epokę. Oczywiście jasne jest, że część tego nie mogło przetrwać dostosowania do zachodnich standardów, choćby ze względu na inny rozkład proporcji na linii „produkcja-usługi-rolnictwo”. Przeważająca jednak większość istniejących u schyłku PRL-u zakładów produkcyjnych i przemysłowych spokojnie mogła dalej funkcjonować w systemie III RP.

 

O ile tylko ten nie wybrałby najgorszego możliwie wariantu reform. To nie jest bowiem tak, że skok w wolny rynek mogliśmy wykonać tylko w jeden sposób i dążyć tylko do jednego modelu: „taniego państwa minimum” w stylu Thatcher i Reagana. Przede wszystkim tego nie wytrzymały polskie zakłady i przedsiębiorstwa, które rzucone na głęboką wodę rywalizacji z zachodnimi firmami, a z drugiej strony pozbawione wszelkiego wsparcia ze strony państwa, nie mogły wyjść z tego zwycięsko. A przecież wśród państw wolnorynkowych istnieją co najmniej dwa inne modele organizacji gospodarki: skandynawski i dalekowschodni. Oba te modele były intensywnie analizowane przez rządowych ekonomistów pod koniec lat 80-tych. Model szwedzki łączył protekcję wobec własnych firm, ochronę praw pracownika i generalnie interwencjonizm z silną konkurencyjnością, której efektem była wysoka dochodowość i marżowość szwedzkiej gospodarki przy niskich różnicach społecznych. Model dalekowschodni zaś opiera się przede wszystkim na daleko posuniętym interwencjonizmie i udziale państwa w gospodarce. W obu wypadkach udało się realizującymi te modele państwom stworzyć firmy, który stały się światowymi potentatami. Nie dlatego, że rzucono je na pożarcie w walce z amerykańskimi molochami, ale właśnie dlatego, że dostatecznie długo je przed tym chroniono. Balcerowicz wybrał prawdziwie marksistowski determinizm i fatalizm, skutkiem czego model naszej ekonomii to jedna wielka hala montażowa dla zachodnich przedsiębiorstw. Ten model państwa średniego rozwoju powoli się już wyczerpuje i rozbija o kolejne ograniczenia, jak choćby brak własnych technologii wysokiego portfela, niską marżowość, wysoki poziom odpływu kapitału z kraju.

 

Kiedy jednak rozmawiamy o skutkach planu Balcerowicza przede wszystkim uwagę zwrócić trzeba na społeczne perturbacje. Bezrobocie 20%, 40% społeczeństwa żyjącego poniżej poziomu ubóstwa, upadek wielu branż i tysięcy zakładów pracy, prywatyzacja większości sektora społecznego, likwidacja osłon socjalnych, liczne wyspy biedy. Gospodarka nasza oparła się o wyzysk, tanią siłę roboczą, coraz większą ilość pracy, upadek znaczenia związków zawodowych. Patrząc z perspektywy 30 lat trudno uznać, że plan Balcerowicza faktycznie cokolwiek uratował – przede wszystkim umożliwił swobodną penetrację Polski przez zachodni kapitał, który bez problemu przekupując polską klasę polityczną wyzyskał państwo polskie do swoich celów i zysków.

 

Nie jest moim celem bronienie komunizmu, jednak spuścizna PRL-u to nie tylko Żołnierze Wyklęci, strajki 56, 70 czy 76 roku ale także ogromna infrastruktura – także logistyczna. O ile w roku 1989 polskimi pociągami jeździło miliard podróżnych, dzisiaj – tylko 300 milionów. O skali upadku polskiej technologii i techniki w kontekście przejęcia krajowego rynku przez zagraniczny nie trzeba nawet specjalnie wspominać.

 

Determinizm i całkowite pominięcie czynnika ludzkiego przez Balcerowicza jest symptomatyczne dla całej III RP. O ile koszty transformacji i kryzysów są uspołeczniane, o tyle zyski prywatyzowane. Tak samo było w roku 1989, potem 2008, podobnie będzie zapewne teraz, w dobie walki z epidemią koronawirusa. Uznanie ludzi za najmniej istotny czynnik, a za cel całej gospodarki optymalizację kosztów, zwiększanie zysku i pominięcie kwestii narodowych i społecznych w efekcie dały neoliberalną rzeczywistość, która coraz bardziej się zatraca w swym nihilizmie i dehumanizacji. Ale o tym w kolejnych punktach. 

 

 

Fenomen bardzo dużo wartych prac (ale kiepsko płatnych)

 

Gospodarka doby kapitalizmu kognitywnego i fazy postindustrialnej, oparta o wysoki poziom cyfryzacji i automatyzacji, wykształciła także siłą rzeczy swoich „bohaterów”. Tak bowiem chyba wypada nazwać przedstawicieli nowych zawodów, które pojawiły się jako zwiastun nowych wartości, nowych gradacji i nowej aksjologii. A gdzie ktoś idzie do góry, ktoś musi iść do dołu. Nie inaczej jest w świecie zawodów i specjalizacji.

 

Perspektywa liberalna

 

Cholerni górnicy, pielęgniarki, lekarze, nauczyciele i ratownicy medyczni. Mogli przecież wybrać lepszy zawód, a skoro wybrali taki a nie inny to won z ulic i żadnych protestów! Nas nie stać na płacenie im coraz to wyższych zarobków, a jak nie podoba się praca kilkaset godzin w miesiącu, to zmieńcie prace, przecież to takie proste! Mamy wolny rynek, nikt nikogo do niczego nie zmusza!

 

Gdyby nie roszczeniowość tych przegrywów i życiowych nieudaczników to byłyby większe pieniądze na dotacje do innowacyjnych przedsiębiorstw i technologii. To, że oni ratują komuś życie, wydobywają strategicznie ważny surowiec czy uczą nasze dzieci niewiele mnie obchodzi. Dziś każdy zajmuje się sobą, a nie innymi. To ja mam mieć odpowiedni poziom życia, nie po to kończyłem jeden z setek kierunków humanistycznych na państwowej uczelni, żeby teraz jakaś pielęgniarka domagała się większej pensji z moich podatków!

 

Zresztą szkoły, szpitale i przychodnie należy bez wyjątku sprywatyzować. Niech rynek zdecyduje o tym, które z tych miejsc jest przydatne i potrzebne, a nie państwo! A jeśli gdzieś zabraknie szkoły lub opieki medycznej? No cóż, zawsze można kupić samochód i się przeprowadzić, prawda?

 

Perspektywa wspólnotowa

 

W III RP niejako chyba automatycznie uznano, że jeśli ktoś wybrał zawód jak lekarz, pielęgniarka czy nauczyciel to sam fakt wykonywania „zawodu z misją” i to jeszcze z powołania jest wystarczającym powodem do satysfakcji. Osoby takie traktowane są właściwie tak samo jak wyposażenie szkoły czy szpitala, a przecież biurko czy stetoskop nie protestuje i nie domaga się ludzkiego traktowania.

 

W rynkowej logice optymalizacji zysków i zwiększania zysków pojawia się niezwykle symptomatyczne podejście do takich sfer jak edukacja czy służba zdrowia. Edukacja jak wiadomo jaśnie-panom-przedsiębiorcom ma dostarczyć dobrze wykształconych pracowników nauczonych uległości, pracowitości i nie wychodzenia przed szereg. A służba zdrowia? No cóż, jak ktoś choruje to i tak może pracować, a jak jest na tyle chory, że już nie może to… przestaje mieć znaczenie dla liberała czy kapitalisty. Tak więc przydatność służby zdrowia też jest żadna. Chorych i umierających z przepracowania zastąpią przecież młodzi, zresztą zawsze można sięgnąć po imigrantów.

 

Jest coś niezwykłego w tym jak wiele osób reprezentuje skrajną pogardę do zawodów, które w realny sposób wpływają na życie nas wszystkich. Najwyższa pora powiedzieć mocno niepopularną prawdę, a że „Szturm” lubuje się w tym to drodzy Czytelnicy i Czytelniczki pilnie notujemy:

 

 

Poszczególne zawody nie są sobie równe pod względem znaczenia społecznego i przydatności dla wspólnoty. Jest oczywistym, że wykształcone przez neoliberalizm „gówno warte prace”, które nic lub prawie nic nie wnoszą do życia Narodu stać muszą pod względem prestiżu i zarobków niżej niż przykładowo pielęgniarka, lekarz, nauczyciel, górnik etc.

 

 

W każdym kraju ocierającym się o normalność ludzie rozumieją, że od tergo czy lekarze są dobrze opłacani i wypoczęci może zależeć kiedyś nasze życie. Tak samo z pielęgniarkami, ratownikami medycznymi. Od tego kto uczy nasze dzieci i w jaki sposób zależy nasza przyszłość jako wspólnoty narodowej. Można by tak długo wymieniać. Chichotem historii jest, że prawdy te potrzebują światowej pandemii koronawirusa, aby zostać przypomniane.

 

Nikt nie zbiera na maseczki i sprzęt medyczny dla social media specialistów? Eksperci od brandu i badania rynku nagle przestali być wszystko wiedzącymi głowami w polskojęzycznych portalach liberałów? Finansiści i spekulanci już nie są bohaterami i wzorami do naśladowania? Otóż nigdy nimi nie byli. Nie da się na jednej szali postawić walki o ludzkie życie i zdrowie razem z prowadzeniem profilu na Instagramie dla firmy sprzedającej czekoladki. Górnik czy robotnik stoją i stać będą wyżej niż wszelcy influencerzy i copywriterzy. Znaczenie zawodu mierzone jest nie przez kapitalistyczną propagandę, a przez realny wkład w życie i rozwój społeczeństwa oraz Narodu. Tak długo jak drabina znaczenia poszczególnych zawodów nie będzie odzwierciedlała tego aspektu, tak długo youtube’owi specjaliści od chwalenia się butami będą cieszyć się większym prestiżem niż ratownicy medyczni.

 

Anegdota na koniec

 

Pracowałem ładnych parę lat temu w firmie, która funkcjonowała jako projekt realizowany w ramach programu unijnego „Innowacyjna gospodarka 8.1”. Razem z nami na piętrze mieściło się kilka innych firm też podpadających pod ten program. Kiedyś podczas przerwy kolega z innej firmy, która zajmowała się jakże potrzebnym społecznie procesem handlu kryptowalutami zaczął strasznie utyskiwać na protesty górników – że co oni chcą, że po co węgiel i kopalnie komu, to kosztuje i w ogóle no nie życiowe to takie i dokładać trzeba.

 

Spytałem owego jegomościa czy jest pewien, że gospodarka poradzi sobie bez węgla i czy na pewno zawód górnika nie ma znaczenia dla państwa. Oraz czy jest pewien, że jego bitcoiny są równie ważne i potrzebne, zwłaszcza, że zajmuje się tym firma, która dostała na to 800 tyś zł dofinansowania a jej wyniki finansowe są gorzej niż słabe (firma dziś już nie istnieje) i jak ma się do tego jego gęganie o dopłatach i nierentowności. Niestety pan przedsiębiorca nie odpowiedział na żadne pytanie, odparł tylko, że przerwa mu minęła i musi wracać do pracy.

 

Kurtyna.

 

 

Chcącemu nie dzieje się krzywda

 

Zadziwiającym elementem myślenia neoliberałów, zarówno tych od Petru i Kidawy-Błońskiej, jak i tych od Bosaka i Korwina, jest swoisty błąd logiczny. Z jednej strony twierdzą oni, że żyjemy pod okupacją mitycznych socjalistów, w państwie właściwie totalitarnym i despotycznym, gdzie nie można bić swojej żony, kopać psa, stosować lekkiej pedofilii i jeździć bez zapięcia pasów. Z drugiej jednak strony ci sami ludzi komentując obecne relacje i unormowania społeczne stosują zasady neoliberalne i automatycznie uznają, że mają one już teraz zastosowanie i obowiązują oraz warunkują nasze życie. To jak to jest platformersi i konfederaci, socjalizm i despotia czy jednak chcącemu nie dzieje się krzywda i dobrowolność zawierania umów?

 

Właśnie ten ostatni element będzie nas tu interesował. Jednym z najważniejszych kłamstw na jakich zbudowano piekło III RP jest owa „dobrowolność zawierania umów”. Przecież „chcącemu nie dzieje się krzywda” i nikt nikogo do zawierania umów w określonej formie i kształcie nie zmusza.

 

Prawda?

 

Perspektywa liberalna

 

No więc jak już powiedziano nikt nikogo do niczego nie zmusza, mamy demokrację. Podpisując umowę, przede wszystkim o pracy, każdy wie na co się decyduje. To po prostu dwie równoważne strony, które po partnersku dogadują się, że jedna strona świadczy określone obowiązki zawodowe, a druga za to płaci określoną kwotę. Oczywiście umowę trzeba przestrzegać i pracownik musi mieć tego pełną świadomość.

 

No chyba, że nastąpią niespodziewane perturbacje i zmiany na rynku. Wówczas musicie zrozumieć, dobro pracodawcy i firmy jest najważniejsze, dlatego nie dostajecie pensji, jesteście zmuszani do pracy na czarno, do darmowych nadgodzin etc. Wówczas trzeba się zgodzić na pewne zmiany w umowie lub po prostu nieprzestrzeganie jej. Ale jak tylko sytuacja się unormuje, wtedy przecież…

 

Ostatecznie nikt nikogo do niczego nie zmusza, zawsze możesz odejść. A umowa? „Widziały gały co brały”.

 

Pespektywa wspólnotowa

 

Chore i do bólu głupie (bo już nie naiwne) założenie, że strony umawiające się w dzisiejszych czasach są na tej samej pozycji i nie można w to w żaden sposób z zewnątrz ingerować jest jednym z determinantów szeregu patologii polskiego rynku pracy. Bo czy pracownik, który przychodzi pracować do Amazona czy którejkolwiek firmy obecnej w jednej ze Specjalnych Stref Ekonomicznych stoi na poziomie partnerskim? Oczywiście, że nie! Jest to dobitne zwłaszcza tam, gdzie ciężko znaleźć pracę i jeden lub kilku pracodawców mogą autentycznie całkowicie zmonopolizować lokalny rynek pracy. Jak w tej sytuacji w ogóle można mówić o dobrowolności podpisania umowy? W takich wypadkach ludzie zgadzają się na dużo, byleby tylko móc pracować i uzyskać źródło utrzymania.

 

W tym miejscu pojawia się jakże drażliwy temat związków zawodowych i umów zbiorowych. Zaraz… drażliwy? Chyba tylko w tym chorym kraju. W każdym szanującym się społeczeństwie związki zawodowe to normalny element gospodarki, który między innymi umożliwia partycypację w zyskach zakładu pracy i ochronę prac pracowniczych. Im większy poziom uzwiązkowienia, tym większy poziom sprawiedliwości społecznej i dobrobytu. Jedna osoba nie jest w stanie być równorzędnym partnerem dla wielkiego kapitału, ale związek zawodowy liczący kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy ludzi? Jak najbardziej! Wszelkie jakże chętnie omawiane w neoliberalnych mediach patologie niektórych związków zawodowych nie mogę nam przesłonić prostego faktu, że związki owe (syndykaty) to niezbędny element każdej ekonomii, która chce uchodzić za społeczną. A nasza ową „społeczność” ma nawet do Konstytucji wpisaną.

 

Jest coś autentycznie zjawiskowego w tym, że kraj którego geneza wynika z ogromnego, wielomilionowego związku zawodowego cierpi na tak powszechną niechęć i pogardę do tej formy organizacji pracowniczej.

 

 

Zasiłki i mityczny socjal

 

Kolejny temat, który tak strasznie obrósł mitami to kwestia zasiłków. Jak wiemy doskonale, życie z socjalu to w III RP świetny pomysł na życie dla leni, nierobów, roszczeniowców i cwaniaków, którzy mentalnie nie wyrośli z PRL-u.

 

Perspektywa liberalna

 

Zasiłki rozleniwiają. Zasiłki to jałmużna. Zasiłki uczą niezaradności i braku inicjatywy. No i najważniejsze – zasiłki są z moich pieniędzy, czemu mam płacić na nierobów?! Bezrobotnym należy dawać wędkę, a nie rybę.

 

Pespektywa wspólnotowa

 

Najpierw garść faktów – tych najbardziej nienawidzą liberałowie.

 

Zasiłek to nie jałmużna, zapomoga etc. tylko forma ubezpieczenia. Tak, ubezpieczenia! Prawo do zasiłku otrzymuje każdy, kto w okresie ostatnich 18 miesięcy opłacał składki na Fundusz Pracy przez minimum 12 miesięcy. Siłą rzeczy warunkuje to fakt, że prawo do zasiłku otrzymują głównie osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę. Wprawdzie na śmieciówkach też można w pewnych wypadkach odprowadzać takie składki, jednak jest to dość ograniczone.

 

Kolejna sprawa – zasiłek otrzymywać można maksymalnie przez 6 miesięcy, a warunkiem jego przedłużania jest wypełnianie formalnych wymogów narzucanych przez Urzędy Pracy (wizyty w wyznaczonych terminach na spotkania etc.).

 

Wysokość zasiłku zależy od stażu pracy i wynosi dziś od 603 zł do 880 zł w okresie pierwszych trzech miesięcy bezrobocia. W następnych wysokość zasiłku spada i wynosi od 483 zł do 701 zł.

 

Jak więc widać najpierw trzeba odpowiednio długo płacić odpowiednie składki, aby dopiero potem uzyskać uprawnienie do zasiłku dla bezrobotnych. Upada więc całkowicie mit, jakoby była to jałmużna i to finansowana przez podatników.

 

Druga kwestia to wysokość zasiłku. Jaki jest bowiem cel zasiłku? Zabezpieczenie bytu materialnego osoby, która straciła pracę na czas poszukiwania nowego zatrudnienia. Wydawałoby się więc, że wysokość zasiłku powinna być skorelowana z tym celem. Tymczasem jeśli, w którymś elemencie zasiłki są jałmużną, to właśnie w kwestii ich wielkości, która jest po prostu o wiele za mała. Równowartość 100 czy 200 euro to nie jest godziwa osłona socjalna, która umożliwia swobodne i spokojne poszukiwanie pracy. Innym problemem jest ograniczenie grupy uprawnionych tylko do osób pracujących w oparciu o umowę o pracę. A w czym jest gorsza osoba na śmieciówce? Chyba tylko tym, że zatrudniono ją w nieuczciwy i niesprawiedliwy sposób na umowie cywilnoprawnej.

 

Tyle z mitu wygodnego życia na zasiłku i socjalu. Pomijam tu już kwestie formalne i administracyjne związane z antyludzką i antyspołeczną formą Urzędów Pracy, które poprzez swoje procedury i stosunek do człowieka są… tak naprawdę idealnym elementem tego neoliberalnego uniwersum.

 

 

500+

 

Na koniec zostawiłem sobie przykład chyba najbardziej aktualny i obecnie najbardziej rozpalający głowy Polek i Polaków. No właśnie, jak to w końcu jest z 500+? Socjalizm, bolszewizm, lenie i nieroby czy potrzebne osłony socjalne, które pozytywnie wpływają na życie ludzi?

 

Perspektywa liberalna

 

500+ to najgorsza forma rozdawnictwa i politycznego przekupstwa. PiS wprowadził ten dodatek, tylko po to by kupić sobie głosy. 500+ uczy tylko nieróbstwa, lenistwa i niechęci do pracy. Budżetu nie stać na takie wydatki, a pobierający je to głównie „patologia”, osoby z problemami alkoholowymi i społecznymi.

 

Pespektywa wspólnotowa

 

To znowuż zacznijmy od prostego wypunktowania argumentów liberałów. Co do politycznego przekupstwa – czyż nie można tak powiedzieć o absolutnie każdej decyzji polityków, która przynosi ludziom jakiekolwiek korzyści? Czy jeśli według liberałów ich pomysły na ekonomię mają zwiększyć dobrobyt społeczeństwa, to czy ich wprowadzenie także nie będzie politycznym przekupstwem i korupcją?

 

Co do kwestii tego, że 500+ jest dla nierobów, patologii etc. Jedynym kryterium wypłaty dodatku 500+ jest obecnie posiadanie chociaż 1 dziecka. Nie ma tu kryteriów finansowych, zarobkowych czy pracowniczych. Wszelkie badania wykazują, że 500+ przede wszystkim wydawane jest na codzienne potrzeby, dodatkowe zajęcia i edukację dzieci, a nie na alkohol i narkotyki. Co ciekawe wedle badań najwięcej piją (w przeliczeniu ilości czystego alkoholu na osobę) osoby najlepiej sytuowane, czyli mityczni herosi z ligi lewiatańskich przedsiębiorców i pracodawców.

 

Twierdzenie, że budżetu nie stać na 500+ jest o tyle kuriozalne, że od 4 lat państwo nasze wypłaca ów dodatek…bez jakichkolwiek problemów i zwiększania deficytu. Co więcej deficyt budżetowy regularnie, rok do roku, spada. Zresztą suma 31 mld zł (koszt 500+ w 2019) w porównaniu z całym budżetem za rok 2019 – 416 mld zł, nie wydaje się już taka wielka.

 

Co do kwestii odchodzenia z pracy – bezrobocie póki co regularnie w ujęciu kwartalnym spada. Być może zmieni to koronawirus, jednak bez związku z 500+. Tak więc kolejny argument liberałów upada. Wprawdzie wiemy, że z rynku pracy zniknęło kilkadziesiąt tysięcy kobiet, jednak odwróćmy tą konstrukcję myślową – ile one musiały zarabiać, że dodatek 500+ skłonił je do odejścia z pracy? Ponadto ustalmy wreszcie jedną rzecz – we wspólnocie narodowej wartościowa jest nie tylko praca zarobkowa, ale także inne formy aktywności, jak chociażby i przede wszystkim wychowanie dzieci i zajmowanie się rodziną. Mało to może dochodowe i nie pozwala panom kapitalistom optymalizować swoich słupków w Excelu, ale ma za to całkiem realny wkład w życie Narodu.

 

Warto przytoczyć słowa liderki (póki co przynajmniej) liberalnej opozycji na temat 500+:

 

 „[…] ludzie, którzy pracują, czują się w jakiś sposób upokorzeni, że ktoś jest wspierany, a nie pracuje”, dalej zaś "[…] bo w każdym społeczeństwie są osoby, którym musimy pomagać, bo sobie nie dają rady. Ale pomagać w taki sposób, żeby je wyciągać z tego, że nie pracują, żeby miały szanse normalnie się rozwijać" oraz „bo skoro oni zamykają się w tych domach, nie pracują, taki przykład dają swoim dzieciom. To jest kolejne pokolenie, które będzie wychowywane dokładnie w taki sam sposób. Państwo powinno wspierać ludzi pracujących" i na koniec „Wmówiono ludziom, że bierzesz pieniądze, to już wystarczy, nie musisz się rozwijać. Gdzieś edukacyjnie straciliśmy to budowanie w ludziach aspiracji, że trzeba pracować, rozwijać się, starać się, by dzieci miały zapewnioną lepszą przyszłość".

 

Nie pamiętam tak jawnie wyłożonej liberalnej doktryny wyzysku i klasowej nienawiści w stylu najbardziej odrażających przedstawicieli tego nurtu: Misesa, Hayeka, Thatcher czy Reagana. Pracować, pracować, pracować - i nabijać zyski korporacjom. Rodzina, wychowanie dzieci? Do roboty plebsie! Po co ci dzieci, sprowadzimy sobie z Indii nowych pracowników.

 

Kidawa stwierdziła m.in, że „Polacy zgubili szacunek do pracy". No tak, rośnie świadomość pracownicza, przy niskim bezrobociu pozycja pracownika umacnia się, do tego osłony socjalne zwiększają jego bufor na rynku pracy i jego pozycję negocjacyjną wobec potencjalnego pracodawcy. Nie do pracy tracimy szacunek, a do folwarcznego wyzysku, na którym Balcerowicz i Mazowiecki oparli swoje reformy.

 

Kidawa oznajmiła także, że „ludzie, którzy pracują, czują się w jakiś sposób upokorzeni, że ktoś jest wspierany, a nie pracuje" co tłumaczymy z liberalnego na polski: „my, klasa wyższa wkurzamy się, że plebs i hołota dostają pieniądze i wychodzą z biedy". Co ciekawe, 500+ to rozdawnictwo, na które nas nie stać i hodowanie nierobów. Tymczasem zwalnianie zachodnich koncernów z płacenia podatków, co III RP kultywuje konsekwentnie od ponad 30 lat, już rozdawnictwem nie jest. To, że wielkie sieci dyskontów i hipermarketów mogą wywozić dziesiątki miliardów zysku bez grosza podatku do skarbu państwa nie wywołuje zgorszenia i histerii u liberałów. Wywołuje to wypłacanie dodatku na… dzieci. Tak, dzieci! Liberałowie, korwiniści – czemu tak bardzo nienawidzicie polskich rodzin? Czemu popadacie w święte oburzenie, gdy to państwo daje cokolwiek zwykłym obywatelom, a nie wtedy gdy co roku z Polski jest transferowane kilkadziesiąt miliardów złotych? To Was nie oburza, ale dodatek rodzinny już tak? Gdyby policzyć ile tracimy na niepłaceniu podatków przez Biedronkę, Lidla, Tesco, zachodnie koncerny samochodowe i innych przedstawicieli zagranicznego kapitału mogłoby się szybko okazać, że nie tylko są pieniądze na 500+, ale i że starczy jeszcze na zwiększenie tego dodatku.

 

500+ to jeden z najbardziej realnych i znaczących elementów polityki prorodzinnej i prospołecznej w tym nieludzkim państwie. Fakt, że trzeba było 25 lat okupacji naszych umysłów i dusz przez neoliberałów, aby go wprowadzić, nie najlepiej świadczy o paradygmatach, na jakich oparto III RP. Jak wykazują badania 500+ nie tylko likwiduję faktyczną biedę, zwłaszcza wśród dzieci, ale także zmniejsza różnice społeczne i majątkowe. Solidaryzm społeczny, mówi Ci to coś?

 

Liberałowie 500+ i wszelkie programy socjalne będą atakować, gdyż w gruncie rzeczy nienawidzą biedniejszych i gorzej sytuowanych. To jest ta prawdziwa walka klas. Liberał boi się, że rodzina mająca dodatek 500+ doszlusuje do poziomu jaki ma on po wielu latach ciężkiej pracy w wymarzonym korpo i brania codziennie darmowych nadgodzin. Dla liberałów jest rzeczą niepojętą, ze społeczeństwo coś dostaje, przecież teoria skapywania! To, że jest ona całkowitym kłamstwem i kapitalistyczną propagandą wielkiego znaczenia nie ma, gdyby wszak z kapitalistycznej narracji wyciąć kłamstwa i fałsz niewiele by się ostało. Liberalna ideologia nie może znieść zwiększenia świadomości i dobrobytu szerokich mas społecznych, gdyż wówczas wywrócony zostaje neoliberalny model ekonomii oparty o wyzysk i presję na taniej sile roboczej, która stanowią biedni i źle opłacani pracownicy, żyjący w ciągłym strachu przed bezrobociem. A 500+ jak nic innego przywróciło do społecznego życia miliony ludzi, których zamienić z powrotem w bezwolnych niewolników tak łatwo nie będzie.

 

 

Patrzmy uważnie

 

Liberalizm to choroba, która potrafi zakraść się do naszego krwioobiegu niepostrzeżenie i skrycie. Nie zdając sobie sprawy, potrafimy nagle zacząć  posługiwać się obcą dla nas narracją, z jednoczesnym brakiem formalnego afirmowania liberalizmu i kapitalizmu. Niejednokrotnie też wierzymy i ufamy ludziom, którzy nominalnie każą się nazywać przedstawicielami środowiska narodowego, ale w praktyce bliżej im do Koalicji Europejskiej niż faktycznej myśli narodowej.

 

Patrzmy uważnie na to co mówią liderzy poszczególnych środowisk, na to co mówią nasi znajomi, co mówimy my sami. Pytajmy samych siebie czy warto być za, ale i czy warto być przeciw czemuś. Higiena intelektualna i moralna to w kraju nad Wisłą rzecz nieczęsto spotykana, jednak stanowi doskonałą ochronę przed wszelkimi truciznami.

 

 

 

Grzegorz Ćwik