sobota, 29 luty 2020 15:51

Maksymilian Ratajski - Samochodem czy tramwajem?

Niewielu jest ludzi, których każde wystąpienie publiczne wywołuje u mnie salwę śmiechu, jedną z takich osób jest poseł Konfederacji Dobromir Sośnierz. Do napisania tego artykułu skłonił mnie telewizyjny występ politycznego stand-upera,  w którym pomysłowy Dobromir pochylił się nad problematyką transportu publicznego i wykluczenia komunikacyjnego. Przypomniała się pewna francuska królowa, która kazała pozbawionym chleba ludziom jeść ciastka.

 

Nienawiść konserwatywnych liberałów do transportu publicznego wynika w dużej mierze z faktu, iż z definicji jest on niedochodowy. Dopłacają do niego zarówno wielkie miasta jak Warszawa, Kraków, Poznań czy Wrocław, jak i mniejsze ośrodki. Tymczasem prywatni przewoźnicy kursujący busami między dworcem w Przemyślu, a przejściem granicznym w Medyce zarabiają bardzo dobrze, interes kręci się także w Bieszczadach, a FlixBus prowadzi dochodowy interes na dalszych trasach. Jak to możliwe? Obsługa ruchu turystycznego jest bardzo opłacalna, granica, zwłaszcza tak ruchliwa jak w Medyce, również jest żyłą złota. Prywatne firmy kursują na najbardziej dochodowych liniach, co jest całkowicie zrozumiałe, natomiast ustawowym obowiązkiem samorządów jest zapewnienie transportu mieszkańcom.

 

Trzecia Rzeczpospolita to państwo programowo się zwijające, wycofujące z prowincji, widać to na wielu polach, transport jest jednym najdobitniejszych przykładów. Obecnie w Polsce mamy około stu miast powyżej 10 tysięcy mieszkańców pozbawionych połączeń kolejowych! W ostatnich latach pociągi wróciły do Lubina (województwo dolnośląskie to zresztą chlubny przykład tego, że się da), Zamościa i Biłgoraja, w dalszym ciągu nie dojeżdżają jednak do Jastrzębia Zdroju, Siemianowic Śląskich, Mielca, Łomży czy Bełchatowa. Nawet tam gdzie pociągi kursują mamy straszny problem z częstotliwością połączeń, co odbiera kolei pasażerów. Jak wygląda sytuacja w Czechach, Austrii, na Węgrzech czy Słowacji? Otóż w wymienionych państwach łącznie znajduje się 20 miast powyżej 10 tysięcy mieszkańców, do których nie kursują pociągi pasażerskie, również Niemcy w ostatnich latach zainwestowali bardzo dużo w rozwój infrastruktury i siatki połączeń na prowincji.

 

Podobnie sytuacja ma się z autobusami, od 30 lat mamy do czynienia z likwidacją połączeń, przez co  mieszkańcy wsi i małych miast są praktycznie pozbawieni transportu publicznego, aby dostać się z kilkutysięcznych miasteczek do stolicy województwa, potrzeba często kilku przesiadek, a sama podróż trwa kilka godzin (mimo, że na mapie odległość wynosi niewiele ponad sto kilometrów), i nie piszę tutaj o Podlasiu czy Bieszczadach, a okolicach Piły w województwie wielkopolskim! Oczywiście skandalem jest słabe funkcjonowanie transportu publicznego w dużym kraju europejskim, w XXI wieku, niezależnie od regionu, jednak wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni, że pewne problemy kojarzą się bardziej ze ścianą wschodnią, tymczasem, jak widać dotykają także bogatszych województw na zachodzie.

 

Kolejne rządy zdawały się nie dostrzegać, że Polska to nie tylko kilka największych miast, a obszar ponad 300 tysięcy kilometrów kwadratowych, dopiero Prawo i Sprawiedliwość dostrzegło istnienie prowincji (choć do realnych działań systemowych droga daleka). Tak zwana „ideowa prawica” żyje wyłącznie Warszawą, Poznaniem, Krakowem, Gdańskiem, Wrocławiem i Katowicami, co sprawia, że nie rozumie, nie zna, nie dostrzega problemów innych części kraju. Sprawnie funkcjonujący transport publiczny to impuls dla rozwoju regionu, a także konieczność dla jego mieszkańców. Autobus kursujący dwa razy dziennie nie jest żadnym rozwiązaniem, ponieważ siedzenie 10 godzin w mieście powiatowym, dlatego, że pojechało się do lekarza, nie stanowi dla nikogo korzystnej oferty, podobnie poświęcenie całego dnia, aby w niedzielę wrócić z domu rodzinnego do miasta akademickiego.

 

Dobromir Sośnierz, to nawet jak na korwinistę, niebywały prymityw, showman, który nie potrafi przyjrzeć się problemowi, bo na wszystko zna rozwiązanie, podane wiele lat temu przez mędrca w muszce. Ludzie nie maja dostępu do autobusów? Niech kupią samochody! Nie mają chleba? Niech jedzą ciastka! Ciężko polemizować z sekciarzami, z którymi zbratał się Robert Winnicki, wraz ze swoją partią (nie mogłem sobie darować tej drobnej złośliwości, zresztą uważam, że w tej kwestii wręcz koniecznej, bo kwestie wykluczenia komunikacyjnego są wielce istotne dla wielu członków naszego narodu).

 

Niedochodowość PKS-ów na prowincji jest dla wszystkich oczywista, zaskoczeniem dla laików może być za to dopłacanie olbrzymich kwot, sięgających kilkudziesięciu procent całego budżetu miejskich przedsiębiorstw komunikacyjnych, przez największe miasta. Przecież autobusy i tramwaje są często przepełnione. Trzeba jednak spojrzeć na miasto jako całość, a nie tylko centrum, galerie handlowe, campusy uniwersyteckie i największe blokowiska. Warszawa to oprócz Śródmieścia także Wesoła, Wrocław – Kozanów i Brochów, a w granicach administracyjnych Poznania leżą Radojewo czy Garaszewo. I o ile linie kursujące na najbardziej uczęszczanych szlakach są dochodowe, to do tych peryferyjnych, trzeba dopłacać. Jednak mieszkańcy tych osiedli płacą w mieście podatki, między innymi na komunikację (za to najwięcej ludności napływowej, nie rozliczającej PIT-u w miejscu faktycznego zamieszkania jest w najlepiej skomunikowanych dzielnicach), co więcej, likwidując w imię korwinizmu-sośnierzyzmu niedochodowe linie, okaże się, że nawet te dotychczas zyskowne zaczną przynosić straty, ciężko sobie wyobrazić, że ktoś dojedzie samochodem część drogi, po to, aby później się przesiadać.

 

Prawica fetyszyzuje samochód, jako wyznacznik statusu, symbol wolności, prywatny środek transportu. Sam posiadam samochód, robię średnio nieco ponad tysiąc kilometrów miesięcznie, natomiast nie mogę się z taką retoryką zgodzić. Obecnie jest to raczej konieczność, aby móc dojeżdżać do pracy, zawozić dzieci do szkoły. Zdaję sobie sprawę, z tego, że prawica reaguje alergicznie na samo słowo ekologia, ale – im więcej będzie jeździć samochodów, tym gorszym powietrzem będziemy wszyscy oddychali, co automatycznie przełoży się na wydatki na służbę zdrowia i ucieczkę ludzi do gmin podmiejskich, z których będą dojeżdżali, a jakże, samochodami. Nietrudno sobie wyobrazić, ile miejsca na drodze zajmuje pięćdziesiąt aut osobowych, a ile jeden autobus. Korki zawdzięczamy zbyt dużemu ruchowi prywatnych pojazdów w mieście.

 

Zupełnie odmienne stanowisko reprezentuje lewica, a wraz nią prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak. Dla nich samochód to zło wcielone i należy zrobić wszystko, aby utrudnić życie kierowcom. Przez zideologizowane działania tęczowego Jacka, nie da się jeździć po centrum stolicy Wielkopolski, oczywiście nie robi on nic, aby zapewnić mieszkańcom optymalną siatkę połączeń, a bilety są astronomicznie drogie. Zanim wypowie się wojnę kierowcom, trzeba sprawić, aby samochód nie był dla mieszkańców koniecznością.

 

Odpowiadając na pytanie postawione w tytule: Obowiązkiem państwa, oraz władz samorządowych jest zapewnienie obywatelom sprawnie działającego systemu transportu publicznego. W tej kwestii jesteśmy bantustanem, a nie cywilizowanym państwem europejskim. Bierzmy przykład z Czechów, Słowaków, Węgrów, spójrzmy na Niemców, których przecież stać na samochody, i to naprawdę wysokiej klasy. Natomiast walka z samochodami, kiedy nie zapewnia się odpowiedniej jakości transportu zbiorowego to zbrodnia na mieszkańcach. Najpierw niech powstaną nowe linie tramwajowe, na istniejących zwiększy się częstotliwość kursowania, tak, aby pasażerowie nie podróżowali w ścisku, a na peryferyjnych osiedlach zaczną w końcu sensownie kursować autobusy, wtedy mieszkańcy będą mieli powody, aby korzystać z usług MPK. Póki co wielu poznaniaków, warszawiaków czy wrocławian i tak jest zmuszonych do jeżdżenia po mieście samochodem. Również bilety powinny być znacznie tańsze, obecnie ich ceny zniechęcają do podróży (zwłaszcza tak rzadko kursującą komunikacją), ewentualnie sugerują, żeby jeździć na gapę.

 

Zdaję sobie sprawę, że wyjście poza prosty rachunek ekonomiczny jest dla koliberalnej prawicy zbyt trudne (dla kogoś kto uważa się za geniusza bo umie dodać dwa do dwóch, całki potrójne wydają się lewackim mitem, zresztą nie tylko one, a nawet zwykłe mnożenie, albo dodawanie ułamków lub kilku składników). Transport publiczny się opłaca! To jego sprawne funkcjonowanie stanowi dla przedsiębiorców zachętę do ulokowania zakładu (możliwość dojazdu pracowników), przyczynia się do rozwoju regionu, pozwala mieszkańcom na dojazd do szkoły, korzystanie z dóbr kultury czy służby zdrowia. Interes społeczny jest zdecydowanie ważniejszy od wpływów z biletów. Ale tego Dobromir Sośnierz nie zrozumie, Korwin o tym nie mówił. Piewcom prywatnych firm przytoczę inny przykład – mam przedsiębiorstwo, które prowadzi określoną działalność, załóżmy, że posiadam flotę trzydziestu busów, którymi wożę ludzi z Przemyśla do przejścia granicznego w Medyce, moim zyskiem są oczywiście przewozy, jednak, aby je realizować, muszę posiadać księgowość, zapewnić serwis pojazdów, zadbać o ich czystość, to wszystko są koszty (nawet przy outsourcingu), jednak bez poniesienia tych kosztów – nie zarobię na całym interesie.

 

 

 

Maksymilian Ratajski