Wydrukuj tę stronę
sobota, 29 luty 2020 15:13

Grzegorz Ćwik - Prawdziwe podziały polityczne

Polityczne podziały są w prostej linii pochodną tego w jakim świecie żyjemy i jakie siły się w nim ścierają. Podziałów tych doświadczamy praktycznie codziennie i na każdym kroku. Sami zresztą im podlegamy, podobnie jak nasza rodzina, otoczenie, współpracownicy etc. Polityczne podziały nie są bowiem domeną wyłącznie wąskiej grupy osób zaangażowanych w politykę, funkcjonowanie partii i związanych z nim środowisk oraz instytucji jak think-tanki. Podziały polityczne dotykają nas wszystkich i choć samo stwierdzenie w czasach ideologicznych, jakie panują po roku 1789, jest właściwie trywialne, to warto o tym pamiętać.

 

Konstatacja, że podziały polityczne istnieją i im podlegamy jest uznaniem formy. Tymczasem najciekawsza, jak również najistotniejsza, jest tutaj treść – a więc odpowiedź na proste pytanie „Jakie podziały polityczne faktycznie mają dziś znaczenie?”. Media zarówno liberalne związane z opozycją, jak i te stojące twardo za partią rządzącą generalnie kreują obraz, w którym główna linia podziału przebiega wzdłuż takich osi jak: „lewica (ewentualnie „lewacy”) – prawica”, „rząd (który chce dobrze dla Polski) – totalna opozycja (na pasku Brukseli)”, „postkomuniści – postsolidarnościowcy”. Oczywiście w pewnym stopniu podziały te są mniej lub bardziej prawdziwe, jednak nie wyczerpują głównych linii faktycznego różnicowania się w kwestiach politycznych. Stawiam tezę, że prawdziwe znaczące podziały uwarunkowane są przez w dużej mierze inne kryteria i kwestie. Ustalenie ich i zrozumienie może być tylko wartością dodaną przy analizowaniu sceny politycznej i wydarzeń w Polsce, jak i zagranicą. Media powiązane prawie bez wyjątku z tą czy inna partią chcą byśmy trwali wiernie przy swoich partyjnych wybrańcach, wierząc w każde ich słowo. Prawda tymczasem jest dużo ciekawsza.

 

 

Globalnie czy lokalnie?

 

 

Stwierdzenie, że żyjemy w dobie globalizmu jest trywialne, jednak integralnie wiąże się z pierwszą linią podziału: globalizm i lokalizm. Globalizm rozumiemy tu jako zbiór przekonań w temacie zjawiska globalizacji, która w myśl globalizmu oceniania jest pozytywnie, jako czynnik konstruktywnego rozwoju, także jako czynnik deterministyczny, który warunkuje kierunek postępu. Oznacza to afirmatywny stosunek do spadku znaczenia swojego Narodu, państwa i wszelkich tradycji oraz różnic regionalnych. Wiąże się to oczywiście z kosmopolityzmem, niejednokrotnie uznaniem się za „obywatela całego świata”, jak i związane jest z pozytywną oceną roli międzynarodowego kapitału, organizacji międzynarodowych i wszelkich sił ponad- i przeciwnarodowych. Osoba o poglądach globalistycznych, świadomych lub podświadomych, uznaje że procesów globalizacji i tak nie da się już cofnąć, zresztą mają one dobry wpływ na ludzi i ich życie.

 

Lokalizm to przeciwieństwo globalizmu. Twardo postawa ta obstaje przy obronie narodowych i regionalnych zwyczajów, tradycji i kultury. Wychodząc z założenia, że tożsamość i świadomość człowieka winny być kształtowane przez tradycyjne, naturalne i normalne determinanty, a nie wielkie międzynarodowe organizacje czy organizacje nastawione wyłącznie na realizację swoich brudnych celów, lokalizm skupia się na kultywowaniu kulturowych, politycznych czy prawnych tradycji związanych z danym regionem i zamieszkującą go grupą etniczno-kulturową.

 

Głównym punktem i kwestią, które dzielą te dwa podejście jest pytanie czy faktycznie „ludzkość” jest wartością, na której budować można politykę i podporządkowywać wszystko inne, oraz jaka jest wartość tradycji.

 

Czy faktycznie jako Polacy, Słowianie i Europejczycy jesteśmy w stanie tworzyć praktyczną i faktyczną strukturę współpracy np. z Dalekim Wschodem? Nie mówię tu o handlu zagranicznym itp., ale o uznaniu, że owa poniekąd mityczna „ludzkość” to główny punkt odniesienia. Skoro wszelkie twory ponadnarodowe w końcu upadły lub upadają (ZSRS, Jugosławia, Czechosłowacja, Austro-Węgry) to jakim cudem przetrwać ma projekt tak samo ponadnarodowy, ale jeszcze większy i łączący nie kilka czy kilkanaście grup narodowych, ale kilkaset? Czy Polacy i np. Indianie lub Koreańczycy mogą faktycznie wypracować wspólna administrację, politykę energetyczną, zagraniczną? Globaliści pomijają wszelkie różnice kulturowe, etniczne czy religijne, uznając, że jedynym co może nas połączyć i jednocześnie definiować jest wspólny rynek. Człowiek jako konsument – i tylko jako konsument, to definicja owej ludzkości w myśli globalistycznej. Z tej perspektywy faktycznie wszelkie tradycje i normalne warstwy tożsamości jawią się jako „wstecznictwo”, które uniemożliwia oddanie całej władzy w ręce osławionej niewidzialnej ręki rynku. Tak rozumieć trzeba globalizację, i dlatego dąży ona do zniszczenia wszelkich przejawów „mowy nienawiści” czy „faszyzmu”.

 

Podobnie jakiekolwiek zakładanie, że Europa ma swoje poczynania i politykę uzależniać od efektów działań USA i Izraela w szeregu miejsc na świecie jest doprawdy naiwne. Jako Europejczycy nie mamy żadnych obowiązków wobec innych regionów etniczno-kulturowych, podobnie jak one nie mają ich wobec nas. Jedynym chyba elementem globalnej współpracy może być walka z kryzysem ekologicznym i klimatycznym, ale to musi być realizowane poprzez współpracę suwerennych rządów narodowych, a nie poprzez odgórnie narzucenie nam określonych ram i obowiązków przez organizacje i środowiska, które w największym stopniu za zniszczenie klimatu odpowiadają.

 

W polityce polskiej także widzimy odwołania do kosmopolityzmu, zwykle powiązane z zaawansowanym stadium ojkofobii (głównie lewica). Często objawia się to poprzez bezkrytyczne propagowanie „integracji europejskiej”, bez jakiegokolwiek zastanawiania się nad faktycznym celem i powodem zwiększania uprawnień Unii Europejskiej wobec państw członkowskich. Odwoływanie się do pojęcia „ludzkości” jest ładnym frazesem, zwłaszcza na spotkaniach wszelkich organizacji międzynarodowych, ale w praktyce oznacza przedłożenie nad interes własnego Narodu mglistego celu „szczęścia ludzkości”.

 

 

Suwerenność nie na sprzedaż

 

 

Drugim istotnym dla nas podziałem będzie kwestia suwerenności i interwencjonizmu. Podejście oparte na suwerenności to uznanie, że państwo – będące politycznym przedstawicielstwem i formą zorganizowania Narodu – prowadzić musi politykę suwerenną i niezawisłą. Oznacza to, że to państwo wraz ze swymi instytucjami i agendami jest nie tylko najważniejszym dysponentem władzy na terenie kraju, ale także ostateczną instytucja odwoławczą. Z drugiej strony mamy podejście, które nazwać można „interwencjonistycznym” – czyli takie, która zakłada, że zewnętrzne siły polityczne (państwa, organizacje międzynarodowe, etc.) mają prawo ingerować w politykę i sytuację danego państwa, oraz narzucać mu określone decyzje i rozwiązania prawno-ustrojowe.

 

W Polsce konflikt ten toczy się przede wszystkim na płaszczyźnie stosunku do Unii Europejskiej, ale sedno zagadnienia sięga dużo głębiej niż relacja Polski do tejże struktury. Chodzi o dyskusję, w której głównym sensem jest to, czy ostatecznym decydentem o prawie i ustroju Polski ma być jej rząd oraz konkretne agendy i instytucje polityczne, czy dopuszczamy nie tylko ingerencję zza granicy, ale jej nadrzędność w stosunku do państwa. Nie chcę tu wchodzić w konflikt PiSu z opozycją, jak wiemy to tylko dwie strony tego samego demoliberalnego medalu. Tym bardziej, że przed wyborami w 2015 roku PiS także podejmował różne działania na arenie międzynarodowej o antypolskim charakterze. W obecnej jednak sytuacji sprawa ta ułożyła się w ten sposób, że PiS próbuje dla swoich kręgów partyjnych przejmować kolejne płaszczyzny działania państwa, a opozycja… starając się przeciwdziałać temu regularnie odwołuje się do ponadpaństwowych i ponadnarodowych instancji. Te zaś od czasu do czasu wydają nic nie znaczące dyrektywy czy zalecenia, które PiS dość konsekwentnie ignoruje i w dalszym ciągu gra spektakl „walki z kastami” (skądinąd rzuca się w oczy głupota opozycji, która daje sobie to narzucić, ale to temat na inny tekst).

 

Abstrahując od „skuteczności” (na szczęście obecnie żadnej) działań zewnętrznych czynników wobec Polski, to na pierwszy plan wysuwa się pytanie o znaczenie i zakres suwerenności w obecnym świecie. Wbrew twierdzeniom euroentuzjastów (w rozumieniu liberalnym) to wszelki próby narzucania nam takich czy innych decyzji lub rozstrzygnięć są nie „dbałością o praworządność”, bo ta na zachodzie leży i kwiczy (vide Francja chociażby). To przede wszystkim twarda polityczna walka o polską niezawisłość. Nie chodzi tu już o partyjne łatki czy medialne przepychanki między poszczególnymi środowiskami. To fundamentalna kwestia, która dotyka zresztą ogromnej ilości państw na całym świecie – czy państwo jako twór narodowy i komplementarny ma być suwerenne i niezawisłe, czy też pozwalamy obcym siłom, które w żaden sposób się z naszym państwem nie identyfikują i nie są z nim związane, wydawać decyzje o wiążącym charakterze.

 

Osobiście nie lubię zwykle krzykliwej, prawicowej propagandy opartej o histerię i pieniactwo, jednak przyznać trzeba rację nazywaniu tych, którzy piszą donosy na Polskę do zagranicznych ciał politycznych „Targowicą”. Problem tu jest nawet głębszy i poważniejszy niż w XVIII wieku, nie chodzi tylko o politykę, ale o sam stosunek do państwa narodowego oraz globalizmu (wcześniej podpunkt).

 

 

Nauka i szuria

 

 

Tematem na oddzielny artykuł jest to, czemu w dobie tak łatwego dostępu do informacji w przestrzeni publicznej funkcjonuje coraz więcej tzw. „teorii spiskowych”. Nie chodzi tu oczywiście o przypinanie tej łatki swoim oponentom ideologicznym, ale o funkcjonowanie poglądów i koncepcji stojących w rażącej sprzeczności z nauką i logiką. Widzimy to i na lewicy i na prawicy, a mimo wyśmiewania to zwolenników wszelkiej maści szurowskich pomysłów i koncepcji nie ubywa. Co więcej, dotyka to nie tylko materii jak „Wielka Lechia”, która w sumie w głównym nurcie się nie przejawia. To przede wszystkim pseudonaukowe i obiegowe mity, które mocno już wżarły się w ludzkie wyobrażenia o świecie. W ten sposób docieramy do kolejnego podziału w polskiej (i nie tylko) polityce: na naukowość i pseudonaukowość.

 

Temat ten nie pokrywa się z tradycyjnymi podziałami politycznymi (oś lewica-prawica) – występuje bowiem wśród przedstawicieli każdego środowiska, oczywiście z różnym natężeniem. Z jednej strony mamy prawicę z klimatycznym denializmem (choć ostatnio chyba powoli się wypalającym), powtarzaniem setek neoliberalnych kłamstw w temacie ekonomii i socjologii czy historii. W wersji bardziej „hard” objawia się to walką z technologią 5G i szczepionkami, doszukiwaniem się spisku lewactwa w wegańskiej diecie i negowaniem wszelkich ustaleń niepasujących do kapitalistycznych mitów.

 

Po lewej stronie nie jest lepiej, a nawet jak sądzę dużo gorzej. „Biały przywilej”, „wykluczenie”, wszędobylskie rasizmy i faszyzmy, promowanie ideologii lgbt, walka z „terrorem” normalnej rodziny. Uff, sporo, a każdy kto minimalnie interesuje się życiem publicznym, wie że to wierzchołek góry lodowej. Obrona praw pedofilii, nachalne używanie żeńskich form językowych stojące w sprzeczności z wszelkim językoznawstwem, szowinizm skierowany przeciw mężczyznom – wymieniać możemy długo. Do tego obie strony robią niesamowitą prostytuę z historii. Prawica wszędzie doszukuje się spisku komunistów, obcych i wrogich sił, lewica zaś wierna swemu rodowodowi twierdzi, że Wyklęci jedli żywcem dzieci, Polacy wbrew oporowi Niemiec przeprowadzili holocaust, ale na szczęście uratowała nas Armia Czerwona. Oczywiście do tego Bolek był bohaterem, a w Jedwabnem Polacy zamordowali 1600 Żydów spośród 350 tam mieszkających. W tym samym czasie prawica świętuje zwycięskie Powstanie Warszawskie, twierdzi, że szlachta i gospodarka folwarczna to wzór, do którego należy nawiązywać, a nad wszystkim łopoczą husarskie skrzydła.

 

Powodów tego stanu rzeczy jest wiele, od kiepskiej edukacji, przez socjotechnikę po celową dezinformację. Pytanie na ile możemy liczyć na sensowność i uczciwość polityków jeśli ci albo nieświadomie powtarzają nienaukowe bzdury (wówczas to głupcy), albo co gorsza robią to z pełną świadomością podejmowanych działań (wówczas to zwykłe świnie). Zapewne niemała tu rola mitu w znaczeniu sorelowskim, co znaczy, że tym bardziej trzeba sprzeciwiać się temu, co w imię swej chorej idei gotowe jest zniszczyć wszystko co zdrowe i naturalne.

 

 

Kapitalizm a sprawiedliwość

 

 

Polska wydaje się być jednym z najbardziej zainfekowanych neoliberalnym wirusem krajem w Europie. Wszyscy prawie, bez względu na polityczne wybory, wierzą w to, że podatki trzeba obniżyć, pracodawcom iść zawsze na rękę, państwowe jest złe, rozdawnictwo i „socjal” uczą lenistwa a majątek państwowy trzeba jak najszybciej sprywatyzować. Nie ma większego znaczenia czy zapytać o te kwestie Kidawę-Błońską, Biedronia, Korwina czy Gowina: odpowiedzi będą identyczne. Pewnym wyłomem w tym myśleniu są reformy PiS-u, choć i w jej szeregach jest niemała frakcja liberalna. Co więcej, poza pewnymi osłonami socjalnymi, polityka obecnie rządzącego obozu aż tak nie odbiega od poprzednich ekip. Jak pokazuje zresztą historia III RP, neoliberalne postulaty realizowały praktycznie wszystkie rządy: SLD, PiS, PO, AWS-UW. Jedyne co ich różniło to natężenie i rozłożenie akcentów, jednak ogólna „myśl” ekonomiczno-społeczna przyświecająca polskiej polityce to Mises i Balcerowicz. I jak sądzę tu przebiega kolejna linia podziału: na zwolenników kapitalizmu, indywidualizmu i neoliberalizmu, oraz na wszystkich tych, którzy kontestują ten podział. Podział ten jest ogromnie nierównomierny – ze względów jakie wymieniłem, tj. poparcia dla kapitalizmu praktycznie całej sceny politycznej. Właściwie tylko w dwóch partiach pojawiają się głosy sprzeciwiające się narracji wolnorynkowej: w PiSie oraz Razem. Co ciekawe pod tym względem rzekomo antysystemowa Konfederacja jest całkowicie systemowa i nie różni się absolutnie niczym w swej narracji od wczesnej Platformy (co zresztą jest prawdą, to partia zachowania status quo a nie jakiejkolwiek zmiany).

 

Myślenie oparte o krytykę kapitalizmu, wolnorynkowych stosunków społecznych i ekonomicznych to niestety nad Wisłą cały czas swoista „herezja”. Przecież każdy wie, że teoria skapywania, austriacka szkoła itp. to fundamenty skutecznej ekonomii. I generalnie jest to prawda – o ile za „skuteczną” rozumiemy taką, która daje dochód bardzo wąskiej grupce osób kosztem wyzysku milionowych mas pracujących.

 

Temat kapitalizmu był już tak wiele razy podejmowany na naszych łamach, że pozwolę sobie nie powielać tych treści i uznać, że po prostu większość naszych Czytelników i Czytelniczek wie, czemu koncepcja ta jest z gruntu antynarodowa i antyspołeczna. Jeśli w polityce szukać chcemy faktycznych alternatyw, to linia podziału między zwolennikami a przeciwnikami neoliberalnego systemu będzie jedną z najistotniejszych. Oczywiście, postkolonialna mentalność polskiego Narodu powoduje, że zwolenników kapitalistycznego dyktatu jest dużo więcej niż przeciwników, jednak w gruncie rzeczy tylko to zwiększa znaczenie tegoż podziału.

 

Słuchajcie uważnie polityków. I gdy któryś znów powie, że aby zostać milionerem wystarczy dużo pracować, a jeśli nie macie perspektyw to kupcie sobie samochód lub weźcie kredyt i wyemigrujcie – wiecie co z nimi robić.

 

 

Wspólnota

 

 

Podział z poprzedniego podpunktu w dużej mierze wiąże się z podziałem na tych, którzy orientują się w polityce indywidualistycznie oraz wspólnotowo. Wiąże się to nie tylko z patriotyzmem i stosunkiem do państwa czy Narodu. Wspólnota to także ludzie, z którymi pracujemy, uczymy się, żyjemy w najbliższym sąsiedztwie. Podział tu wyznaczony jest przez uznanie człowieka jako personalnej jednostki albo za całkowicie autonomiczny element, nie posiadający żadnych obowiązków wobec swych grup społecznych, albo też za integralną i nieodłączną część określonej liczby różnych wspólnot i grup społecznych. Pierwsze myślenie to oczywiście w prostej linii skutek liberalizmu, bez względu czy wyznawanego świadomie, czy przyjętego podświadomie. Nakazuje on traktować człowieka wyłącznie z kontekście jego interesów i relacji ekonomicznych z innymi jednostkami. Najważniejsza jest tu „wolność” danej osoby, a wszystko co ją ogranicza – w tym chociażby obowiązki wynikające z faktu przynależności do jakiejkolwiek grupy – uznane jest za czynnik wysoce negatywny, który z czasem trzeba wykluczyć. Oczywiście pojawia się tu kwestia egoizmu i potęgowania czynnika materialnego w życiu takiej „wyzwolonej jednostki”. Gdy usuniemy całość wspólnotowości, a także duchowość (co zwykle także jest postulatem liberalizmu) wówczas w życiu jednostki faktycznie pozostaje tylko walczyć o zwiększanie swojego statutu materialnego, a całość relacji z otoczeniem staje się wypadkową określonych interesów i egoistycznych celów.

 

Podejście takie jest dość powszechne, tak na lewicy jak i prawicy. Wyjątkiem nie jest tu ani lewica spod znaku Roberta Biedronia, ani Konfederacja. Druga stroną barykady jest holistyczne, wielopłaszczyznowe spojrzenie na życie człowieka i uznanie prostego faktu, że każdy z nas funkcjonuje w szeregu grup i wspólnot, włącznie z tą najważniejszą: z Narodem. Warunkuje to nie tylko posiadanie określonych praw i obowiązków z tego wynikających, ale także sposób myślenia i gradacji wartości. Uznanie dla kapitalistycznego wyzysku czy nieuczciwego traktowania swoich rodaków nie mogą zaistnieć, jeśli faktycznie wspólnotowość ma odzwierciedlenie w życiu człowieka.

 

Dzisiejszy świat wprost przeżarty jest indywidualistycznym ujęciem „wolności”. Każdy chce być wolny, swobodny, niezagrożony przez „opresję” i „nietolerancję”. Oczywiście ma to przełożenie w polityce, gdzie z jednej strony politycy środowisk wolnorynkowych walczą o prawo do poniżania i wyzyskiwania pracowników, a przedstawiciele środowisk liberalnych dążą do demontażu rodziny i najbardziej podstawowych funkcji państwa.

 

 

Duch i materia

 

 

Kolejnym podziałem, który warunkuje nasze życie polityczne to podział związany z religijnością i duchowością. Stanowi to oczywiście pokłosie zmian, które zaszły po Wielkiej Rewolucji Francuskiej: zrzucenie prymatu religii i powolny marsz oświeceniowego racjonalizmu i laicyzacji państwa. W dzisiejszych realiach oznacza to wyraźny podział na tych, którzy w mniejszym lub większym stopniu nawiązują w swych poglądach do wyższej prawdy: religii czy duchowości, oraz na zwolenników praktycznego materializmu, praw człowieka, polityki racjonalnej i oddzielającej życie religijne od spraw państwowych.

 

Oczywiście, w polskich warunkach nawiązywanie do religii katolickiej zazwyczaj ma wymiar czysto praktyczny i konformistyczny. Związany jest z określoną kreacją swego wizerunku i próbą pozyskania głosów danego elektoratu. Nie zmienia to faktu, ze pomimo coraz szybszego postępu ateizmu i „naukowości”, cały czas widoczny jest podział na tych, którzy w sferze duchowej dostrzegają najważniejsze źródła praw i zasad rządzących naszym światem, oraz na tych, którzy doszukują się tego czy to w nauce, czy – nawet częściej – w fanatycznym negowani wszelkiej tradycji i religijności.

 

Proces ten na Zachodzie trwał już od okresu powojennego (we Francji nawet sporo wcześniej), a obecna pustka mentalna, etyczna i duchowa europejskich społeczeństw to w prostej linii skutek odrzucenia duchowych podstaw Europy. Nie znaczy to, że należy negować naukę i postęp technologiczny, jednak niezaprzeczalną prawdą jest to, że każda cywilizacja opiera się na religii. Europa ze swym dorobkiem nie stanowi tu żadnego wyjątku.

 

Nie chcemy tez popadać w przesadę i zamieniać polityki w bractwo różańcowe, jednak jak mówi stara maksyma: „lepiej wierzyć niż nie wierzyć”. Wszelka moralność i etyka suma summarum opiera się na jakimś systemie religijnym. Nie jest tez przypadkiem, że nasi najgorsi wrogowie jednoznacznie wiążą się z państwem laickim i racjonalnym. Co ciekawe racjonalność lewicy i liberałów dziwnym trafem wiążą się z uznaniem praw osób lgbt do adopcji dzieci czy legalizacją aborcji oraz eutanazji.

 

 

Tradycja

 

 

Ten podpunkt, podobnie jak każdy poprzedni, mógłby być oddzielnym tekstem. Ostatni interesujący nas podział to tradycja oraz postmodernizm. Same te terminy są bardzo rozległe i mają wiele znaczeń, dla nas jednak ma znaczenie przede wszystkim praktyczne, polityczne do nich podejście, jakie możemy wyróżnić wśród poszczególnych opcji politycznych. W praktyce widzimy tu z jednej strony uznanie tradycyjnych wartości za oczywisty budulec naszej tożsamości, cywilizacji i jestestwa, a z drugiej typowo lewicową dekonstrukcję i relatywizm. Pierwsze spojrzenie to często po prostu uznanie określonych elementów, takich jak rodzina czy małżeństwo lub role płciowe, za coś po prostu oczywistego i naturalnego. Podejście postmodernistyczne odrzuca zaś wszelkie tradycyjne budulce naszego świata, uznając je nie tylko za „konstrukty”, ale także wedle „nauk” Szkoły Frankfurckiej za narzędzia „opresji” i „przemocy”. Aby więc ostatecznie wyzwolić człowieka z dyktatu płci, narodu, rasy, etniczności etc. odrzucić trzeba wszystko to, co nas „niewoli”.

 

Tak ujęty postmodernizm widzimy każdego dnia. Już nie tylko Zachód, ale i Polska coraz bardziej toczona jest przez ten złośliwy nowotwór, który wszystko co nie tylko piękne, ale i zwyczajnie naturalne, każe uznać za narzędzie „niesprawiedliwości”. Rodzina, szkoła, praca – każda płaszczyzna naszego życia jest obecnie zainfekowana wirusem postmoderny, która w polityce nie tylko ma już swoich silnych zwolenników, ale także stoi wobec całkowitej bezradności i nieskuteczności prawicy. Także i w tym aspekcie idziemy drogą zachodniej Europy.

 

Rozkład naszego świata i jego dekonstruowanie sprowadzić ma człowieka, wyzbytego z wszelkiej tożsamości, do miana konsumenta. Jak widać ostateczny cel lewicy neomarksistowskiej jest tu całkowicie zbieżny z poglądami i celami liberałów i kapitalistów, dla których celem ostatecznym jest także stworzenie światowego, globalistycznego społeczeństwa niczym się od siebie nie różniących klientów.

 

 

Zakończenie

 

 

W dobie zaczadzenia wyborców i funkcjonowania w polityce podziałów „prawica-lewica”, wyjątkowo głupiego „kapitalizm-socjalizm” oraz jeszcze głupszego „wolność i demokracja – autorytaryzm i niszczenie sądownictwa” warto rozpocząć dyskusje jakie faktycznie linie podziału przebiegają w ramach środowisk politycznych i publicznych. Dopiero uznanie tego faktycznego stanu pozwala głębiej i bardziej analitycznie ocenić zachodzące procesy, konkretnych polityków i środowiska.

 

Mam pełną świadomość, że temat powyższy jedynie zarysowałem i w gruncie rzeczy wymaga on szerzej i większej objętościowo analizy. Rozumiem też, że zaproponowane przeze mnie podziały po części się pokrywają i są ze sobą organicznie powiązane, tworząc określone struktury. Otwarty przeto jestem na wszelką merytoryczną dyskusję i rozwinięcie tegoż tematu, który pozwoli – jak żywię nadzieję – choć trochę do przodu pchnąć nacjonalistyczną refleksję polityczną.

 

Same linie podziału jak można łatwo stwierdzić nie pokrywają się z tymi podziałami, jakie zazwyczaj przyjmuje się w polityce. Być może przyjęcie zupełnie innej perspektywy i inne wartościowanie oraz ocenianie polityków i ich partii będzie czynnikiem zwiększającym zrozumienie polityki i jej wpływu na nasze życie, jak również umożliwi bardziej perspektywiczne przewidywanie rozwoju obecnej sytuacji w Polsce jak i Europie.

 

 

Grzegorz Ćwik