piątek, 31 styczeń 2020 20:51

Miłosz Jezierski - Ten fantastyczny postmodernizm, czyli słów kilka o Wiedźmina amerykańskim adaptowaniu

Dzisiejsza popkultura w głównym nurcie za ważne zadanie powzięła sobie postmodernistyczną dekonstrukcję tradycyjnych kanonów od historii przez postrzeganie piękna i estetyki do negacji naturalnego porządku. Wspominana nie raz na łamach pisma internetowa platforma filmowa Netflix stała się forpocztą owej kulturowej ofensywy. Atrakcyjnym materiałem eksperymentów z dekonstrukcją są adaptacje książek. Zwłaszcza wpisujące się w ramy kultowych. Najsłynniejsza ostatnimi czasy stała się ekranizacja sagi wiedźmińskiej, która wcześniej została zaadaptowana na potrzeby gry komputerowej, co dało książce Sapkowskiego i jego uniwersum światowy rozgłos, ale to serial Netflixa stworzył pop giganta, sprzedającego się lepiej niż książki J.K. Rowling. Platforma filmowa ma za sobą jednak kilka innych ciekawych adaptacji, które lansują, a czasem nawet nie są postmodernistyczną interpretacją dzieła, ale jego prawie wierną ekranową kopią. Co sprawia, że demonizowany portal filmowy pokazuje zupełnie inną twarz.

Zabójca potworów, konwencji i estetyki


Omawiając
sprawę Wiedźmina należy rozprawić się z pewnymi mitami narosłymi wokół adaptacji. Po pierwsze „mało to słowiańskie jakieś takie, nie jak w grze...” - świat wykreowany przez Sapkowskiego nigdy nie ociekał turbolechityzmem. Zbudowany był na bazie dobrej znajomości historii i mitologii europejskiej. Królestwa Północy odpowiadają kulturom nordyckiej jak Skellige, słowiańskiej jak Temeria czy Wizima czy końcu celtyckiej lub anglosaskiej jak Cintra, albo Nilfgaard, który był wymieszaniem Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego z celtyckimi naleciałościami. Wszystkie bestie i potwory były także oparte na miksie kultur europejskiej, indyjskiej i wszelakiej. Raczej nawet popkulturowej, do czego Sapkowski wplótł swojskie słowiańskie bajania. Pewnego nimbu „naszości” utworu dodaje przaśny język użyty do opisania świata jak i posługiwanie się niekiedy swojsko brzmiącymi nazwami. Nadal jednak daleko uniwersum do Wielkiej Lechii. Autor bawił się kanonem co przyznał zresztą w swoim eseju „Piróg, albo nie ma złota w Górach Szarych”[1] opublikowanym na łamach Fantastyki, przyznaje się tam  do stosowania postmodernistycznych sztuczek, a same dekonstrukcje powieści fantasy opartej o mityczne zmagania dobra ze złem chwali. Nie umniejsza przy tym klasycznemu Tolkienowi czy Robertowi Howardowi, uważa zgoła, że naśladownictwo stało się nudne i bez polotu. Z tego powodu w swój świat wlał sporo szarzyzny współczesnego świata, zmieniając niejako konwencję Never Landu opartego chociażby o mity arturiańskie. Swobodna i oderwana od kanonu mityczności powieść fantasy wydaje się idealnym materiałem na dowolność interpretacji. Stąd też serial nafaszerował obsadę aktorami, którzy nie przypominali w niczym książkowych odpowiedników, zwłaszcza fani gry czuli się oszukani. Wszystko byleby zadbać o  proporcje równościowe dotyczące pochodzenia i rasy występujących. Na zarzuty o łamanie kanonu odpowiedziano, że to przecież świat fantasy, a nie jakiś film historyczny. I zupełnie pominięto konwencję, w której świat wiedźmina był osadzony. A właśnie konwencja owa, której Sapkowski zwyczajnie nie łamał pokrywając świat szarym obłokiem relatywizmu, była osadzona w średniowiecznej Europie i takie tez miała dawać wrażenie i odbiór świata. Całkowicie więc zniszczono poważne narzędzie autorów, które pomaga odbiorcy w identyfikacji i immersji ze światem, pozwalając by cudza owładnięta ideologią liberalnego egalitaryzmu go zniszczyła. „Wiedźmin” z całym swoim postmodernistycznym bagażem ma także wydźwięk antyrasistowski, tolerancjonistyczny i ze wszech miar liberalny. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Sapkowski natomiast przedstawił go w barwach szarych, nie ustawiając się po żadnej ze stron. Zbrojne komanda nieludzi na usługach jakżeby inaczej ludzkiego imperium Nilfgaardu, które miażdży niczym walec swoich oponentów i stosuje każdą metodę by zdobyć kolejne krainy jednocześnie ustanawiając tam autorytarny porządek poddany woli jedynego władcy. Nilfgaard jednocześnie jest państwem autorytarnym, okrutnym, ale praworządnym i zorganizowanym hierarchicznie. Nieludzie jak elfy czy krasnoludy, którzy mają dość uprzedzeń wobec swoich pobratymców dokonują partyzanckich napaści na terytorium Królestw Północy, które sprzężone z uprzednią niechęcią nakręcają spiralę nienawiści. Nic nie jest jednoznaczne, nikt nie jest bez winy. W świecie Sapkowskiego nie ma promocji pokrzywdzonych, daleki jest od emancypacyjnych bajdurzeń wojowników sprawiedliwości społecznej. Rządzi nim darwinizm i to skrajny. Każda ze stron ma swoje racje, ale określenie którejś tą dobrą byłoby czymś, co sam Sapkowski zapewne by zrugał, co zresztą zrobił w swoim wspomnianym wcześniej eseju, gdzie zrekonstruował klasyczne fantasy o walce dobra ze złem, na wrzucenie je w karby świata realnego.

I tak dochodzimy do kwestii rasowych w serialu. Tu autorzy zmieszali wszystko jak leci w obsadzie, pomimo że świat Sapkowskiego wyraźnie rozróżniał krainy, państwa, kultury, obyczaje gdzie owe często czuły do siebie różne resentymenty. Do tego dokładnie opisywał czy dzikich Zerrikan albo podbite narody Nilfgaardu. Każdy z krajów, władców miał na siebie różne spojrzenie. Serial zmieszał etnicznie wszystko, czym zaburzył wcześniej wspomnianą immersyjność i wyjątkowość świata, dzieląc go w sumie na ludzi i nieludzi, a ci drudzy również musieli wpasować się w politpoprawne trendy, kolorowe elfy czy krasnoludy-karły. Taki demontaż przyjętej konwencji odczytywania postaci mitologicznych, a także wpasowujących się w kanon zwyczajnie niszczy coś, czego oczekiwali fani i jest zrozumiałe na szczęście tylko dla zideologizowanych jednostek. Na całe szczęście krytyka w tej kwestii płynie nie tylko z niszowych środowisk, ale jest powszechna w Internecie, co może odbić się czkawką dla twórców serialu, chociaż ci założyli już większą reprezentację osób LGBT...

Sapkowski co prawda nie stronił od tematyki homoseksualizmu, jednak nie epatował nim zbyt często pozostawiając im kilka momentów, co miało raczej dodawać pikanterii wykreowanemu mrocznemu i zdegenerowanemu światu fantasy, w którym jedynym przyzwoitym bohaterem, ale pełnym wad i słabości był tytułowy wiedźmin Geralt. Do jego postaci wrócę później. Saga Sapkowskiego, a szczególnie gatunek fantasy wymaga w adaptacji filmowej szeregu zabiegów estetycznych, by nadać mu kolorytu i stylu oraz właściwe immersyjnego odbioru bez popadania w groteskę i teatralne komedianctwo. Estetycznie więc serial leży na poziomie scenografii żywo przypominające te z słusznie minionych i sentymentalnych Xen i Herkulesów, często zresztą autorzy chyba puszczają do widza oczko racząc go niepotrzebnymi scenami „chodzonymi”, gdzie aktor przemierza kilka kroków oglądając wokół świat bez żadnego celu by w ten sposób wprowadzić go do akcji. I jako żywo przychodzą tu na myśl czołówki seriali z lat 90. Przykładem totalnego odcięcia się twórców od realiów książkowych są pożal się boże sceny batalistyczne, które przypominają trochę miks gier komputerowych sprzed 10 lat albo więcej lat i walki pijanych kibiców, z choreografią będącą dziś standardem hollywoodzkim, co czego jeszcze wrócę. I przy bitwach warto wspomnieć... zbroje Nilfgaardczyków, które wyglądają jak pomarszczona skóra na miejscu intymnym, tego nie da się oglądać, gdzie te dumne czarne pancerze ze słońcem zwiastujące zagładę wrogów Imperium?
 O zniszczonej immersyjności już wspomniałem, ale serial fantasy za niezłe pieniądze powinien poszczycić się  przynajmniej porządnymi, rzemieślniczymi efektami specjalnymi, a tymczasem dostaliśmy smoka wyglądającego i ruszającego się jak nakręcany kurczak. Widać, ze większość budżetu poszła na role Cavila. Który notabene zagrał bardzo dobrze, co jest mocnym punktem serialu. Przy okazji Geralt jest wzorem błędnego rycerza, pełen cnót, o których głośno nie wspomina, zna swoje możliwości, stąpa twardo po ziemi i nie ma złudzeń co do świata, ale jednocześnie jest idealistą. I zachowuje się przyzwoicie, nie opowiada się po żadnej ze stron. Po prostu postępuje zgodnie z własnymi zasadami, sarkastycznie i często zabawnie komentuje otaczającą rzeczywistość. Postać heroiczna, nie będąca karykaturą w postmodernistycznym uniwersum? Czyli jednak dekonstrukcja nie zachodzi tak daleko by niszczyć każdą wartość. Co do samej roli Cavila to tego humoru i ciętego żartu jest jak na lekarstwo, często miejsce na ironię i sarkazm oraz wiedźmiński komentarz zastąpiły ciężkie westchnienia, co jest już raczej winą scenarzystów, a nie aktora. Zrobiono z tego nawet youtubową kompilację. Pozostając przy aktorstwie - poza Cavilem i co nieco próbującym popowym Jaskrem serial leży. Aktorki nie przypominają czarodziejek ani z książek, ani z gier, choć twórcy mieli ułatwione zadanie i na tacy mieli podane świetne opisy postaci. Te pozmieniano i pod względem urody, uśredniając chyba też wg egalitarnego klucza, a także charakteru. Yennefer z Indii z ciągłą smutną miną czy przypominająca cygankę na emeryturze Triss to nie są postacie z książek, a ich magia jak na potężnych adeptów tejże sztuki to jakieś cyrkowe sztuczki. Cahir, który był wiernym agentem i rycerzem Nilfgaardu a także elementem niejednoznaczności świata, w którym każdy ma swoje interesy, prawda jest w tym wszystkim pogubiona i tylko nieliczni stawiają na zasady, w książce ostatecznie jest człowiekiem szlachetnym, służącym stronie, która tak jak inni nie jest ani zła ani dobra, tyle, że potężniejsza, w serialu okazuje się jakimś socjopatą, któremu nie sposób oddać jakiejkolwiek sympatii. Gdzie książkowy ją szybko zdobył. Poprawność polityczna i zbyt duże majstrowanie w scenariuszu zniszczyły postacie. Może Sapkowski był zbyt seksistowski gdy tworzył z nich ideały pożądanych na świecie kobiet, co twórcom do gustu nie przypadło. Wiedźmiński świat pełen był pięknych kobiet i silnych mężczyzn, co prawda świat był bardziej relatywny niż jasne oblicze dobra i zła, ale te rzeczy zostały niezmienne, to także psuje postmodernistyczny odbiór. A samo aktorstwo jest zwyczajnie złe i drewniane, może postać Renfri, której długo podziwiać nie będziemy ma jakiś potencjał oprócz Geralta i Jaskra, ale i z tej pary wiele nie wykrzesano. Choreografia walk mogłaby być jasnym punktem serialu, bo jest w jakiś sposób widowiskowa. Odróżnić tu należy walki kilku osób od scen batalistycznych, bo te po prostu leżą. Tyle, że widowiskowość ta jest hollywoodzka, przez co czasem wpada w śmieszność. Sapkowski budując postać wiedźmina dał mu nadludzkie zdolności w świecie opanowanym przez realne prawa natury. Walki w książkach opisywał. siląc się na pewien realizm. Przy czym Gerlat ze swoimi nadludzkimi zdolnościami w walkach z „normikami”, rycerzami, sprawnymi rębajłami wypadał właśnie ponadprzeciętnie, ale stosując zasady szermierki, tudzież akrobatyki co przy zmienionej fizjonomii szło mu łatwiej niż innym. Tu natomiast mamy spektakl wyreżyserowany dla oka, hollywoodzki, pełen nierealnych ruchów, gdzie znika cały realizm i nadludzkość mutanta jakim jest wiedźmin. Przeszarżowano  zdecydowanie. O zmianach fabuły w stosunku do książki nie mam zamiaru się wiele rozpisywać wystarczy wspomnieć , ze są ogromne i zwyczajnie na szkodę co szkodzi logice odbioru obrazu. Niepotrzebne dłużyzny można było zastąpić potrzebnymi wątkami fabularnymi, z których zrezygnowano, tylko dlatego bo tak widziało się twórcom. Nie ma tu nawet wytłumaczenia cięcia na potrzeby ekranizacji, bo to nie jest nawet poszatkowane tylko bezmyślnie zmienione. A sama książka nie była długaśnym opisem przyrody, rozbudowanych dialogów i rozważań nad losem świata, tylko strawnym dziełem przygodowym/akcji gdzie na opisy wręcz filmowe do adaptacji autor poświęcał czasem zawoalowane ale raczej zdawkowe miejsce na kartach książki.
Serial nie ma się czym wybronić - zdekonstruowano postmodernistycznie postmodernistę! Gry były świetną adaptacją, nieco przesolone słowiańskością, natomiast serial zrobiono tak bardzo na liberalny rynek amerykański, że Geralt powinien reklamować McDonalda i dawać wykłady o równości na uniwersytetach w Kalifornii.

Groza i potępienie


Mówiąc o amerykańskim smaku filmowym w XXI wieku czujemy zużytą gumę balonową, którą ktoś namiętnie chciał odżywić przy pomocy tony tęczowego cukru. Skończyło się męskie i dobre kino, przyszła plastikowa zideologizowana błazenada w każdej formie. Co widać, gdy zestawimy je z kinem pochodzenia niejankeskiego. Brytyjski „Dracula” jest świetnym przykładem jak powinno pisać się dialogi, by nie popaść w groteskę, rozbawić i zarazem przestraszyć widza. Taki miał być Wiedźmin, niestety scenarzyści uśmiechnęli się do  mniej wymagającego zjadacza hamburgerów przy filmie z fajerwerkami, niż do wymagającego większej intelektualnej atencji odbiorcy z Europy. Telewizyjna opowieść o sławnym krwiopijcy luźno bazuje na powieści Stokera, jednak zachowuje atmosferę i klimat oryginału przez pierwsze dwa odcinki. W trzecim epizodzie miniserialu, twórcy pokazali, że Netflix jest czym jest i nafaszerowali go treścią,  z którą każdy platformę identyfikuje. Czyli modernizmem, polityczną poprawnością, dekonstrukcją mitu i kanonu Draculi i wszystkim co niepotrzebne, temu też szczęśliwie można obejrzeć pierwsze dwa odcinki bez potrzeby zaglądania do trzeciego. Chyba, ze chcemy dowiedzieć się, ze mityczny wąpierz w XXI wieku posiada prawa krwiopijców, psychoanaliza czyni z niego paranoika i tak naprawdę nie ma w nim nic legendarnego ani groźnego, a do tego opanowanego przez toksyczną męskość. Pierwsze dwa epizody estetycznie i fabularnie rzeczywiście zaskakują. Zarówno doskonałą grą aktorską, a sam książę nieumarłych w wydaniu Claesa Banga jest wręcz doskonałym połączeniem arystokratycznej maniery, ironii, humoru i przede wszystkim grozy. Co prawda Stoker w swej powieści skupiał się tez na przedstawieniu dramatu potępieńca, tu twórcy skupili się na jego potworności. On się nią rozkoszuje i wcale jej nie żałuje. Jest potężny, z ograniczeniami, które pomysłowo pokonuje. Czuć moc istoty, która ma nad wszystkimi przewagę. Twórcy oczywiście musieli wpleść lekki feminizm w postaci zamienienia Van Helsinga w kobietę, co jednak nie przeszkadza, gdyż nie mamy tu tyrad o umęczonych żonach i matkach, a pobożne i racjonalne zarazem podejście jakoby nie było fanatyczki, która chce zniszczyć, ale też i poznać tajniki świata nieumarłych. Dodano także wątek LGBT, jednak bez wielkich szarż i kreowania wielkiej niesprawiedliwości społecznej, ot zdegenerowany arystokrata chciał pozwolić sobie na więcej z przybocznym, który ze względu na kolor skóry w XIX wieku słusznie był brany za jego niewolnika tudzież fanaberię, co nie kluło w oczy, gdyż nie naruszono immersyjnej konwencji. Ani tez nie przyzwyczajało do obecności zboczeńców w społeczeństwie. Estetycznie „Dracula” wypada o wiele lepiej niż „Wiedźmin”, lokacje są dopracowane i rzeczywiście nie trącą starym teatrem czy serialem dla dzieci z lat 90, zamek Vlada jest przerażający, tajemniczy i ponury. Efekty poklatkowe, które dziś trącą myszką, a były w powszechnym użyciu w horrorach klasy B i produkcjach klasycznych z tytułowym wąpierzem w roli głównej tu użyte z pomysłem i rozwagą, nadają powstającym ze swoich skrzyń ożywieńcom potępieńczej grozy. Przy owej scenie rzeczywiście włos jeży się na ciele. Czyli można skorzystać z wypróbowanych i archaicznych sposobów i przywrócić je w kinie? Można. Czy da się dziś zrobić film o istocie potężnej bez wielkich choreograficznych wodotrysków, a momenty akcji ukazać z atrakcyjnym nowoczesnemu widzowi realizmem? Brytyjczycy pokazują, że a i owszem.

Warsztatowo twórcy „Wiedźmina” powinni obejrzeć „Draculę”, może nie po to by znów bawić się w postmodernistyczną papkę, lecz by wyciągnąć wnioski jak pisze się scenariusz, buduje lokacje i atmosferę oraz czemu dobry aktor nie jest zły. A jeżeli już bawimy się w dekonstrukcję to robimy to tak by immersyjność (trzeci odcinek naprawdę odradzam) nie została zaburzona.


Król

Na podium jest jedno miejsce i z trzech adaptacji klasyki literatury pierwsze miejsce idzie do „Króla”. Brytyjskiej produkcji, która tym razem nie siliła się na postmodernistyczne eksperymenty, dekonstrukcje i przepisywanie Szekspira na nowo. Postać Henryka V jest zbudowana tak, jak chciał tego angielski dramaturg. Mroczna, niepokorna, ale jednocześnie świadoma obowiązku i ciężaru władzy.

Twórcy nie poszli typowo netflixową droga i nie postanowili wymieniać obsady, zamieniać role społeczne czy też bawić się w psucie kanonu postaci i dodawać mu kilka płci czy orientacji. Anglicy są  Anglikami, Francuzi Francuzami, po strojach i uzbrojeniu widać szersze konsultacje historyczne. Tak samo gdy oddawano realizm pola walki. Sama bitwa pod Azincourt odwzorowana dokładnie, jak być powinna według zapisków kronikarzy. Przy czym sprawny operator inaczej niż w wiedźminie, potrafił pokazać chaos bitwy w ten sposób, ze widz ma wrażenie obserwowania ścierających się potężnych armii, a nie garstki zakapiorów. A sam realizm powala, to nie miejsce na tańce z mieczem i popisy akrobatów, a ścisk, zapasy w błocie i morderczy wysiłek oraz szukanie luki w zbroi i gardzie przeciwnika.
Lokacje, stroje i scenografia oddaje ducha epoki, jest brudno jak z opisów Sapkowskiego, to nie sterylne miasta z Wiedźmina gdzie czasem poleje się krew. Ale oprócz stęchlizny średniowiecznego grodu widzimy sielskie krajobrazy Anglii i Francji. Zmęczenie na twarzach maszerujących żołdaków i trudny oraz znój wojny. Tu nie ma miejsca na Raganara z Drugiej Ery Śródziemia w cepeliowej zbroi przykrytej jakimiś szmatami wprost z grafik wzbogacających okładki folk metalowych grup. Nie ma też miejsca na sztuczne obrzydzanie postaci. Damo dworu są zadbane, urodziwe. Księżniczki podobnie. Czyli da się nie zohydzić komuś postaci kobiecych?
Aktorsko film miażdży, czy będzie to rola przygnębionego swoją powinnością, ale jednak honorowego i rycerskiego, pełnego obowiązku Henryka lub jego na wpół szalonego ojca czy tez wygadanego granego przez Pattinsona delfina Francji,  albo starego zmęczonego życiem żołdaka, nie będziemy zawiedzeni. Nie ma drewna, Brytyjczycy dbają o klasę w tej materii. Nikt też nie próbuje relatywizować epoki, wypłukiwać z niej wartości, którymi się kierowała. Nie ma także powszechnej demonizacji średniowiecza. Owszem oberwało się jednemu duchownemu, ale nie za fanatyzm tyle co za intrygi, jak i kilku możnowładcom. Co zresztą ma historyczne potwierdzenie. W pewnym momencie przed bitwą Henryk wygłasza pełne patriotyzmu płomienne przemówienie. Coś niespotykanego w dzisiejszych czasach na Netflixie jak i w ogóle w zachodnich produkcjach. Postać Henryka, który niechętnie bierze na siebie brzemię po ojcu, okazuje się być sprawnym władcą, któremu ważny jest obowiązek, a, próbuje balansować pomiędzy zadowoleniem swoich poddanych, a zasadom którym hołduje. Dość powiedzieć, ze są motywowane religijnie jak i oparte o kodeks rycerski. I on jest tu postacią zarówno dramatyczną, czasem okrutną, ale pozytywną. Uniknięto niepotrzebnej dekonstrukcji legendarnego już króla. Na całe szczęście. Nie jest to film oczywiście bez wad co może zawierać się w jakichś budżetowych niedociągnięciach, sprawnie ukrywanych przez operatorów czy reżysera. Momentami można natknąć się na dziwną naiwność w pokazywaniu dramatu młodego, króla, który chciałby wyprzeć się swojego dziedzictwa. Na szczęście nikt nie posuwa się w tym za daleko zostawiając nam zbalansowany dramat, a nie rewolucyjne bajdurzenie. „Króla” mogę polecić bez żadnego „ale”, nie ma w nim postmodernistycznych eksperymentów, nie próbowano wciskać modnej wśród kręgów artystycznych ideologii, a wręcz promuje się wartościowe cechy w ciężkich i podłych czasach.


Czego nie zabił liberalizm


Wszystkie trzy adaptacje są nowoczesnym spojrzeniem na dawne lub tez nowsze utwory historyczne lub fantastyczne. Jedne mocniej próbują je zmienić, ideologizując do granic i zmieniając się w propagandową papkę, inne delikatniej, a końcu wcale albo tylko  nieco inaczej interpretować. Łączy je jedno: zamiłowanie do ciekawych postaci ociekające klasycznym sosem zasad, tradycji i wartości, które przez twórców owych adaptacji mogłyby uchodzić za archaiczne i przebrzmiałe, zacofane. I biorąc pod uwagę Wiedźmina, którego najjaśniejszym punktem jest tytułowy Geralt z Rivii jako błędny rycerz czy Draculę, który  podlega zasadom, mitom i tradycji był ciekawym bohaterem adaptacji dochodzę do wniosku, że postmodernizm nie może sobie pozwolić na ich dekonstrukcyjne uśmiercenie. Po prostu postać, z którym chcą utożsamiać się odbiorcy musi mieć własną tożsamość, twarde zasady, odpowiadać archetyp wypracowanym latami czy będzie to heroiczny i przyzwoity Wiedźmin, rycerski, ale gnieciony słabościami własnymi król ludzie nie łykną bohatera nijakiego, postmodernistycznego konstruktu bez żadnych stałych fundamentów. To jest jeden wspólny dodatni mianownik, które łączy wszystkie adaptacji i być może odpowiada na pytanie, mimo iż gusta są różne, czemu oceny filmów są różne, ale jednocześnie tak podobne w sposobie krytyki.

 

Miłosz Jezierski

 

[1]    https://sapkowskipl.wordpress.com/2017/03/17/pirog-albo-nie-ma-zlota-w-szarych-gorach/