wtorek, 31 grudzień 2019 01:48

Jarosław Ostrogniew - Przeciwko wszystkim: Asgardsrei 2019 (Kijów, 13-15.12.2019)

Coroczne wizyty w grudniu w Kijowie na festiwalu Asgardsrei stały się już nową, świecką tradycją. W końcu, czy istnieje lepszy sposób, żeby przywitać odrodzone słońce, niż w radosnej atmosferze radykalnego black metalu pośród tysiąca fanatyków z wszystkich krajów Europy?

Oczywiście nie wszystkim podoba się to pełne przyjaźni i optymizmu wydarzenie. W tym roku system wytoczył dość ciężkie działa przeciw organizatorom i uczestnikom Asgardsrei 2019. Zaczęło się od kampanii dezinformacyjnej realizowanej przez międzynarodowych dziennikarzy w kilku językach w kilku mediach. Następnie zadziałali kolejni agenci systemu i organizatorzy festiwalu zostali usunięci z platform używanych do obrotu bezgotówkowego, niezbędnych chociażby do sprzedaży biletów. Potem pod naciskiem wytwórni z udziału w festiwalu wycofały się dwa zespoły związane bliżej z głównym nurtem metalu. Jeden z zespołów zrobił to w elegancki sposób, więc organizatorzy nie ujawnili, o kogo konkretnie chodzi (choć zorientowane osoby bez problemu domyślą się nazwy tego projektu), natomiast żenująca wymiana maili z niezorientowanymi biznesmenami z Kampfar ujrzała światło dzienne. Następnie wycofał się kolejny zespół reprezentujący mniej radykalny podziemny metal: Sear Bliss. Tego typu problemy sprawiły, że skład festiwalu zamknął się dość późno, a jeszcze później ruszono ze sprzedażą biletów. Dla niektórych było to już zbyt późno, żeby zarezerwować loty i noclegi, czy po prostu ustalić termin urlopu w pracy, co skutkowało tym, że frekwencja w tym roku była niższa niż w poprzednim. (Choć trzeba zaznaczyć, że Asgardsrei jest już w tej chwili tak dobrą marką, że loty i noclegi można było spokojnie rezerwować przed oficjalnym ogłoszeniem składu, znając jedynie termin wydarzenia). Na koniec z udziału w wydarzeniu musiało się wycofać polskie Kataxu (które miało w Kijowie zagrać swój pierwszy koncert), a zaraz przed rozpoczęciem festiwalu na Ukrainę nie został wpuszczony rosyjski Blackdeath (co jest o tyle zabawne, że był to najbardziej „apolityczny” zespół z całego ostatecznego składu). Represje dotknęły również uczestników z Niemiec i Rosji, którzy zostali zatrzymani na lotniskach i na ukraińskiej granicy.

Jednak organizatorzy Asgardsrei w zgodzie z najlepszą tradycją radykalnego black metalu pokazali wszystkim przeciwnikom środkowy palec, a następnie wbrew wszystkiemu i przeciw wszystkim zorganizowali kolejny raz największy i najciekawszy ekstremalny festiwal w Europie. Od razu zdradzę zakończenie całej historii: Asgardsrei 2019 nie był aż tak dobry jak Asgardsrei 2018, ale i tak był najlepszym wydarzeniem całego 2019, a biorąc pod uwagę wszystko, czemu ekipa Militant Zone musiała stawić czoła w tym roku, organizatorom należą się wyrazy najwyższego uznania, bo niejedna ekipa przy o połowę mniejszych problemach po prostu złożyłaby broń.

Przed początkiem samego Asgardsrei, w piątek 13.12 tradycyjnie odbyła się konferencja – tym razem w nowej odsłonie jako Urheimat/Homeland Seminar (Praojczyzna) i poza głównym festiwalem. Spiritus movens wydarzenia była oczywiście Olena Semenyaka z Korpusu Narodowego, która od kilku już lat stoi w pierwszym szeregu metapolitycznej walki o przyszłość Europy. Seminarium odbyło się w klubie Plomin w Kozackim Domu, jednym z najciekawszych miejsc w Kijowie i jednym z głównych punktów na mapie tajemnej Europy. Olena Semenyaka wprowadziła wszystkich w tematykę spotykania – mówiła o znaczeniu wspólnego indoeuropejskiego pochodzenia dla przedstawicieli wszystkich europejskich narodów, a także o znaczeniu indoeuropejskiego dziedzictwa dla przyszłego odrodzenia Europy. Tematyka indoeuropejska była mocno podkreślana przez przedstawicieli francuskiej Nowej Prawicy, którzy uznawali ją za nieodłączny element swojego projektu metapolitycznego. Ukraina jest idealnym miejscem na ponowne rozpoczęcie dyskusji na ten temat oraz ponowne włączenie tego wątku do rozważań o przyszłości Europy, jako że to właśnie na stepach Ukrainy wielu badaczy lokuje praojczyznę (Urheimat – stąd nazwa seminarium) Indoeuropejczyków. Olena mówiła też o potrzebie pójścia o krok dalej w rozwoju idei i przekroczeniu pewnych ograniczeń subkulturowych, w czym pomocna może być właśnie tradycja indoeuropejska.

Następnie głos zabrał Yevhieniy Bryadnik z inicjatywy Nuovi Arditi, która zajmuje się promowaniem dziedzictwa „europejskiego awanturnictwa”, ze szczególnym naciskiem na dzieje i myśl włoskich rewolucjonistów spod znaku rózg liktorskich i lat ołowiu. Yevhieniy mówił o niemożliwości doprowadzenia do przebudzenia „mas ludowych”, czy do dotarcia z ideami do całego narodu – przeciętni ludzie nie są tym zainteresowani, są zbyt uwikłani w system i tego typu pomysły są obecnie jedynie iluzją. Oczywiste są analogie między Italią w latach 60. i 70. XX wieku (ze skłóconymi partiami politycznymi, oligarchią i mafią, aktywnymi komunistami i nacjonalistami, będącą areną konfliktu między dwoma blokami geopolitycznymi) oraz współczesną Ukrainą (ze skłóconymi partiami politycznymi – i tak dalej, dodajmy jeszcze wojnę domową). W takiej sytuacji o wiele bardziej realistycznym jest postulat budowania niezależnych od państwa inicjatyw, które będą funkcjonowały bez oglądania się na polityczną koniunkturę czy fikcyjny porządek prawny (który służył jedynie jako przykrywka dla brudnych interesów grup walczących o władzę) i które same będą stały na straży własnej autonomii. Warto wspomnieć, że Yevhieniy ma spore doświadczenie i wiedzę na temat funkcjonowania w sytuacjach ekstremalnych, ponieważ brał aktywny udział w wojnie przeciw separatystom w szeregach batalionu, a następnie pułku Azov.

Kolejnym prelegentem seminarium był Serhiy Zaikovskiy z wydawnictwa Plomin, który zaprezentował najnowszą książkę – ukraiński przekład „Mitry i Waruny” Georgesa Dumezila. Warto wspomnieć o tym, że wydawnictwo Plomin rozwija się równie dobrze co sam klub literacki i Dumezil dołączył do listy gigantów myśli europejskiej (obok Ernsta Jüngera i Dominiqua Vennera) wydanych przez tę inicjatywę w języku ukraińskim. Georges Dumezil był twórcą koncepcji trzech funkcji (1. władza, 2. siła, 3. bogactwo i płodność), która porządkowała indoeuropejski światopogląd i znalazła swój wyraz w mitologii, religii czy filozofii. W książce „Mitra i Waruna” analizuje bóstwa związane z funkcją pierwszą – a więc funkcją władzy – która w indoeuropejskiej wizji świata posiada dwa wymiary. Wymiar pierwszy jest dobroczynny i związany z takim aspektem władzy jak sprawiedliwość, czy umacnianie wspólnoty poprzez przysięgi i wspólnie sprawowany kult bogów. Z tym właśnie wymiarem związany jest tytułowy indyjski Mitra, a także germański Tyr. Z kolei drugi wymiar jest złowrogi i związany jest z takim aspektem jak karanie tych, którzy naruszają wspólnotę, z magią oraz pewną nieprzewidywalnością. Z tym właśnie wymiarem pierwszej funkcji związany jest tytułowy indyjski Waruna, a także germański Odyn. Oba wymiary pierwszej funkcji są ze sobą nierozerwalnie związane i niezbędne do zrozumienia indoeuropejskiej wizji świata. (Na marginesie warto dodać, że  polski badacz Aleksander Gieysztor proponował uznanie Peruna i Welesa za słowiańskie analogie odpowiednio Mitry i Waruny.)

Ostatnim prelegentem tego wieczoru był Ivan Mikhieyev – emigrant z Rosji, jeden z najważniejszych rosyjskich nacjonalistów i rodzimowierców (a także utalentowany rzemieślnik), który w obliczu represji ze strony rządzącej Rosją kliki, znalazł azyl na Ukrainie. Jego wystąpienie było poświęcone postaci Dobrosława – legendarnego myśliciela i działacza z kręgów rosyjskiej rodzimej wiary, który w swoich książkach wskazywał na związki tradycyjnej religii z odrodzeniem narodowym. Było to niezwykle ważne wystąpienie, ponieważ poza Rosją Dobrosław jest praktycznie nieznany. Mikhieyev znał Dobrosława osobiście, był obecny między innymi na jego tradycyjnym pogrzebie, który odbił się pewnym echem w mediach również poza granicami Rosji, więc jego wystąpienie było wzbogacone również o ten osobisty wymiar. Opowiadał o życiu Dobrosława, który potrafił myśleć całkowicie wbrew oficjalnej sowieckiej doktrynie, ale też wbrew liberalnej mitologii antysowieckiej opozycji. Za swoją niezależność Dobrosław był prześladowany zarówno za czasów radzieckich jak i potem rosyjskich. Szczególnie ciekawe były momenty, gdy Ivan mówił o samej myśli Dobrosława, która sama w sobie stanowi niezwykle ciekawą interpretację rodzimej wiary – jej główną osią jest zwrot w stronę przyrody, bezpośredni z nią kontakt, porzucenie miejskiego życia i prawdziwy powrót do życia prostego i tradycyjnego. Dobrosław był przeciwnikiem istnienia wyizolowanej kasty kapłańskiej i zwracał się w stronę niższych bóstw, takich jak opiekuńcze duchy drzew czy rzek, niekoniecznie w stronę wysokiego panteonu.

Na seminarium nie dotarł niestety jeden z prelegentów – znany ze swojej działalności muzycznej Hendrik Möbus, który został zatrzymany jeszcze przed wylotem z Niemiec. Jego prelekcja miała dotyczyć niepoprawnej politycznie myśli ekologicznej, a konkretnie fińskiego radykalnego ekologa Pentti Linkoli. Na szczęście anglojęzyczny tekst wystąpienia został opublikowany w całości w Internecie. Całe seminarium było bardzo udane, prelegenci przedstawili interesujące i wyraziste tezy – nie było to nudne powtarzanie tego samego, z którym może się najczęściej spotkać na spotkaniach intelektualistów głównego nurtu. Całość była też bardzo sprawnie tłumaczona przez Olenę Semenyakę na angielski, dzięki czemu zagraniczni goście (stanowiący chyba większość audytorium) mogli słuchać wszystkiego ze zrozumieniem i zainteresowaniem. Jedynym minusem był brak czasu na dyskusję po zakończeniu wystąpień, na szczęście można było podyskutować z uczestnikami seminarium już po jego zakończeniu.

Zaraz po seminarium Urheimat/Homeland zaczął się festiwal Asgardsrei 2019. Wydarzeniem otwierającym było w tym roku Winter Raid Reconquista MMA. Zacznijmy od rzeczy, która zrobiła na mnie największe wrażenie – lokalizacja. Wieczór walk miał miejsce w gmachu Starej Opery w Kijowie. Jest to piękny budynek, aczkolwiek nadgryziony zębem czasu o wystroju typowym dla teatrów z przełomu XIX i XX wieku, z bardzo charakterystycznym wejściem z szerokimi schodami. O ile bardzo podobał mi się klub Reconquista, w którym na co dzień odbywają się tego typu wydarzenia, to tego typu stary i w pewnym stopniu zaniedbany budynek nadawał całemu wydarzeniu niepowtarzalnego klimatu. Same walki były na dobrym poziomie i na pewno tego typu wydarzenie sportowe idealnie pasuje do klimatu całego festiwalu. Równie duże zainteresowanie co same walki wzbudziły dziewczyny zapowiadające kolejne rundy.

W sobotę (14.12) w klubie Bingo zaczęła się właściwa część festiwalu. Oczywiście była obsuwa czasowa, ale to standard na podziemnych wydarzeniach muzycznych i stały element we wschodniej Europie. Na pierwszy ogień poszedł Selbstmord – nie ukrywam, że czułem pewną dumę, bo nie dość że zespół z Polski, to jeszcze z Dolnego Śląska otwiera najważniejszy europejski radykalny festiwal. Granie na samym początku tego typu imprezy to trudne zadanie: z jednej strony publiczność jeszcze nie jest rozkręcona, z drugiej oczekiwania są bardzo wysokie. I Selbstmord stanął na wysokości zadania. Nie ukrywam, że lubię black metal w ich wykonaniu, w którym same riffy są raczej death metalowe, natomiast klimat i brzmienie są wyraźnie black metalowe – przemawia to do mnie zarówno na płytach jak i na żywo i stawiam Selbstmord wyżej od drugiego projektu Necra, czyli Ohtar. Trzeba od razu podkreślić, że jest to brutalne i wymagające technicznie granie i to podczas występów na żywo lider Necro udowadnia, że jest świetnym instrumentalistą, który potrafi właściwie samodzielnie (bez drugiego gitarzysty) pociągnąć cały występ i trudno uwierzyć, że łączy granie tych riffów ze „śpiewaniem”. Do tego Diathyron to bardzo precyzyjny perkusista, a obecność basu zdecydowanie poprawia brzmienie tego projektu na żywo. Mówiąc krótko, Selbstmord godnie reprezentował polską scenę, a Necro udowodnił, że absurdalny występ na Eternal Hate był jednorazową wpadką. Natomiast byłem bardzo zaskoczony tym, że wystąpili w kapturach – Selbstmord i żonobijka są dla mnie nierozłączne jak król Artur i Excalibur czy Nergal i bycie dzbanem.

Następnie przyszła pora na o wiele bardziej melodyjne granie czyli rosyjską Svargę. Był to udany występ, taki wpadający w ucho folk pagan metal dobrze wpisał się w klimat festiwalu. Podobało mi się brzmienie – bardziej surowe niż na płytach, podkreśliło muzyczne powinowactwo Svargi i klasycznego black metalu. Istotą takiego folkującego metalu jest sprawne technicznie odegranie z odpowiednim polotem i Svarga w tej kwestii wypadła doskonale. Ogromna w tym zasługa czystego wokalu, który również na żywo jest jednym z najmocniejszych elementów muzyki tego zespołu. Świetnym akcentem było nawiązanie do leitmotivu festiwalu – hołdu dla zmarłego Kaldrada – i odegranie coveru Temnozor „Vranakirk”.

Trzecim zespołem sobotniego wieczoru był fiński Sielunvihollinen, dla wielu osób najmniej znany zespół z całego tegorocznego line-upu. Szczerze mówiąc, również nie znałem ich muzyki zbyt dobrze, właściwie najwięcej słuchałem ich utworów, gdy ogłoszono, że dołączają do składu. I  Sielunvihollinen okazał się chyba największą niespodzianką Asgardsrei 2019. Black metal w najlepszym fińskim stylu czyli dość prosto, ale nie prostacko, melodyjnie, ale nie cukierkowo – do tego niesamowita energia na żywo, dobry kontakt z publicznością oraz generalnie sympatyczny i pozytywny klimat totalnej wojny, nieokiełznanej nienawiści i bezlitosnej masakry z klasycznym black metalowym imagem oraz anty-islamskim przesłaniem. Dużo osób, które nie miało przedtem kontaktu z ich muzyką, obejrzało cały występ i entuzjastycznie reagowało na kolejne utwory.

Następnie na scenę wszedł jeden z filarów ukraińskiej sceny: lwowska Kroda. Jest to jeden z tych zespołów, które lubię i szanuję, zwłaszcza te starsze płyty, ale nie jestem maniakiem. Natomiast to jak Kroda wypadła na Asgardsrei 2019 – czapki z głów. Występ był bardzo długi, ale to wszystko było tak dobrze zagrane, miało wspaniały melancholijny, a jednocześnie pełen mocy klimat, świetnie dobrane wizualizacje z krajobrazami Karpat i Islandii – koncert był zaplanowany na dwie godziny i chyba rzeczywiście tyle trwał, ale nie mogłem się od niego oderwać. W black metalu głównego nurtu jest wiele zespołów, które próbują grać w taki sposób, to znaczy: płynące riffy, transowa perkusja, duża ilość klawiszy, dominująca melodia – Kroda masakruje ich w trzy minuty, a potem już tylko dokonuje zaorania kości i zasypania ziemi solą.

Potem wróciliśmy do surowego oblicza black metalu i na scenę wkroczył francuski Seigneur Voland. To jest black metal, który lubię szczególnie – surowizna, mrok, tremolo i dużo przesteru, granie unisono szesnastkami na wszystkich instrumentach, rozdzierający uszy wrzask wokalisty, do tego klasyczna do bólu estetyka. Francuzi zawsze umieli w takie granie i bardzo dobrze przypomnieli uczestnikom korzenie radykalnego black metalu. Seigneur Voland mają też talent do tworzenia w jasno określonym stylu, ale jednocześnie ich utwory są bardzo charakterystyczne i dość łatwo można je od siebie odróżnić. Wiele osób uważa, że takie klasyczne granie sprawdza się tylko na płytach, ale Seigneur Voland pokazali, jak powinno się to robić na żywo.

Kolejnym zespołem tego wieczoru był filar brazylijskiej sceny: Evil. Był to ostatni koncert tego zespołu i trudno wyobrazić sobie lepsze zakończenie kariery niż właśnie podczas Asgardsrei. Lubię to ich klasyczne surowe i proste granie – chyba miałem zbyt duże oczekiwania wobec tego występu. Wydaje mi się, że brzmienie było zbyt klarowne, Evil grało też na jedną gitarę i ostatecznie zabrakło w tym mocy. Z każdym kolejnym utworem było jednak lepiej i ostatecznie odbiór uczestników był bardzo pozytywny, choć według mnie ta formuła lepiej sprawdziłaby się na mniejszym koncercie klubowym. W każdym razie był to z pewnością historyczny koncert i warto było w nim uczestniczyć.

Na koniec pierwszego dnia festiwalu wystąpił legendarny projekt Akvlt. Był to pierwszy oficjalny występ tego zespołu – i warto było na niego czekać. Bardzo agresywne riffy połączone z ezoterycznym klimatem, do tego rytualne elementy występu: symboliczne gesty i artefakty. Właśnie czegoś takiego się spodziewałem. Powiedzieć że publiczność przyjęła ich entuzjastycznie to tak, jakby powiedzieć że Akvlt trochę odstaje od black metalu wydawanego przez modne wytwórnie głównego nurtu. Cały występ był prawdziwym misterium ku czci ukrytej mocy i tajemnych symboli. Pojawił się też element, którego nie spodziewałem się na black metalowym koncercie – solo na perkusji, które wypadło rewelacyjnie i świetnie wpisało się w całość. Drugą połowę koncertu stanowił hołd dla Kaldrada z Blazebirth Hall – tragicznie zmarłego jednego z twórców potęgi rosyjskiego black metalu. Do muzyków M8l8th/Akvlt dołączyli zaproszeni goście i wspólnie wykonali utwory Forest, Vandal i Nitberg. To był naprawdę wspaniały hołd dla tego legendarnego muzyka. Miałem pewne poczucie niedosytu, zabrakło utworów z mojego ulubionego projektu Kaldrada czyli Branikald, ale niewątpliwie był to jeden z najlepszych momentów festiwalu, z pełnym zaangażowaniem zarówno muzyków jak i publiczności.

Drugi dzień Asgardsrei 2019 (niedziela, 15.12), rozpoczął włoski Frangar. Zagrali dość krótki ale intensywny koncert, setlista obejmowała ich najbardziej znane utwory takie jak „Italia suprema assoluta”, czy „Trieste chiama”, a także cover „Fare quadratto”. Ich energetyczna muzyka przemawia zawsze zarówno do zwolenników black metalu jak i RAC, więc trudno byłoby o lepszy zespół otwierający drugi dzień festiwalu. Frangar wyraźnie stawia na jakość, nie na ilość, co znajduje odbicie w ich dyskografii, jednak należy pamiętać o tym, jak ważny jest to zespół również ze względu na organizacyjną działalność Colonello, który bierze udział w największych inicjatywach na scenie radykalnego black metalu. Na koniec koncertu do zespołu dołączyli liczni zaproszeni goście i wszyscy razem wykonali kultowe „Come il vento”. To był jeden z najlepszych momentów całego festiwalu – cała publiczność wspólnie odśpiewała ten hymn ku czci nadchodzącej rewolucji, pozdrawiając przy tym wszystkich, którzy już teraz walczą o odrodzenie Europy. Genialnym uzupełnieniem było rosyjskojęzyczne wykonanie ostatnich refrenów.

Następnie na scenę wkroczył M8l8th i – mówiąc najkrócej – rozpętało się piekło. Energia bijąca ze sceny była jeszcze większa niż podczas występu Akvlt (ale też muzyka M8l8th jest jeszcze bardziej energetyczna). Najlepiej na żywo wypadają te utwory, w których są podwójne ścieżki wokalne, zestawienie czystego śpiewu i wysokiego krzyku nadaje M8l8th niesamowity klimat. Młyn, który rozkręcił się pod sceną, był chyba najbardziej agresywnym, jaki dotychczas widziałem. Setlista tego wieczoru była skoncentrowana na debiucie „Чёрным крылом”, ale na szczęście pojawił się też moje ulubione „Слёзы осени” - wspaniały hymn ku czci jesiennego smutku i innych interesujących spraw, które każdy może sobie sprawdzić, czytając tekst tego utworu.

Trudno było utrzymać poziom energii po występie M8l8th, ale Francuzi z Baise Ma Hache doskonale sobie z tym poradzili. Wiem, że BMH jest krytykowane za zbytnią obecność w Internecie (co w dzisiejszych czasach chyba jest nieuniknione w przypadku młodego zespołu), za wypuszczanie więcej merchu niż muzyki (co w dzisiejszych czasach jest logiczne, bo zespoły po prostu sprzedają więcej merchu niż płyt), czy za podobieństwo do Peste Noire (co jest już całkowicie absurdalnym zarzutem, ponieważ ani muzycznie, ani estetycznie nie ma wielu podobieństw). Uważam, że to jeden z najlepszych młodych zespołów z nurtu radykalnego black metalu, a na „F.E.R.T.” wypracowali swój własny oryginalny styl, bazujący na intensywnej kanonadzie dźwięku, w której spod pozornej kakofonii przebijają dobrze skomponowane podniosłe i na swój sposób melancholijne melodie. BMH zagrali tym razem z jednym wokalistą i wypadli bardzo dobrze – podkreślili swoją klasę i udowodnili, że występ drugi rok pod rząd na Asgardsrei był dobrym pomysłem.

Następnie na scenę wkroczył Goatmoon. Finowie na Asgardsrei wystąpili już trzeci raz pod rząd i myślę, że wszyscy liczą na to, że pojawią się w kolejnym roku. Goatmoon reprezentuje wszystko co najlepsze w fińskim black metalu: melodię, energię, bezkompromisowość i klasyczną estetykę. Mają taki talent do pisania wpadających w pamięć utworów, że ich setlista mogłaby zostać wygenerowana losowo, a i tak wszyscy byliby zadowoleni. W tym roku były wszystkie największe przeboje: „Voitto tai Valhalla”, „Storming Through White Light”, „Kunnia, Armaggedon”, „Alone”, czy „Aryan Beauty”. Goatmoon na żywo wypada tak dobrze, że ich występy powinno się pokazywać młodym zespołom, żeby zrozumieli, jak powinno się grać koncerty. Zespół zagrał w pełnym składzie, czyli z dodatkiem klawiszy, fletu i gitary akustycznej. Myślę, że nawet gdyby grali do świtu, publiczność wciąż domagałaby się bisów.

Następnie na scenę wkroczył grecki Stutthoff. Zarówno sama muzyka jak i występ miały bardziej mroczny wymiar – zespół zagrał przy zgaszonych światłach, scena była oświetlona jedynie świecami, całość miała bardzo podziemny black metalowy klimat. Niestety już po drugim utworze poczułem wyczerpanie organizmu (być może niespanie dwie noce pod rząd nie było takim dobrym pomysłem), próbowałem jakoś się dobudzić, ale ostatecznie poległem i musiałem pojechać do hotelu. W związku z tym przegapiłem występ Wodulf, ale od osób, które go widziały, dowiedziałem się, że utrzymany został grecki, podziemny i mroczny klimat, a koncert stanowił mocne zakończenie festiwalu.

Na koniec warto podkreślić jeszcze dwa aspekty Asgardsrei 2019. Po pierwsze, nagłośnienie całego wydarzenia było świetne, najlepsze z tych trzech edycji, w których brałem udział. Naprawdę trudno jest ustawić brzmienie tak intensywnie grających zespołów, aby z jednej strony było wystarczająco ciężkie, a z drugiej wystarczająco klarowne. Wykonawcy również dość mocno różnią się od siebie brzmieniem i wyrazy uznania należą się obsłudze technicznej, która sprawiła, że każdy zespół zachował swoje unikalny dźwięk. Po drugie, w black metalu równie ważne co muzyka są ideologia i estetyka. O tym że strona ideologiczna festiwalu była na odpowiednim poziomie nikogo nie trzeba przekonywać. Natomiast należy podkreślić charakterystyczną i spójną, jednocześnie nowoczesną i tradycyjną estetykę festiwalu, która znalazła swój wyraz zarówno w całej oprawie wizualnej (merch festiwalowy, plakaty, wizualizacje w czasie występów). Militant Zone bardzo dba o tę stronę całego wydarzenia i przynosi to dobre efekty.

Podsumowując, należy podkreślić że Militant Zone i muzycy ze wszystkich zespołów sprawili, że kolejny raz Asgardsrei było najlepszym wydarzeniem roku. Zasługują na najwyższe wyrazy uznania, biorąc pod uwagę jak ciężkie działa przeciw Asgardsrei wytoczył w tym roku system. Jednak z tego starcia to radykalny black metal wyszedł zwycięsko. Wyrazy uznania i szacunku należą się lewym liberałom i innym antifom, którzy kolejny raz wykazali się odwagą i zgodnie z antysytemową i antyglobalistyczną tradycją skomleli i błagali międzynarodowe korporacje oraz instytucje państwowe, żeby powstrzymały festiwal, natomiast podczas rzeczywistego wydarzenia skryli się w swoich norach i pisali płaczliwe posty w social mediach.

Jest coś takiego jak magia Asgardsrei – kto raz pojedzie na ten festiwal, chce pojechać znowu. Właściwie cały rok wspomina się poprzednią edycję i czeka na następną, a od listopada już odlicza się dni w kalendarzu. Organizatorzy mają talent do robienia unikatowych wydarzeń – w zeszłym roku był to akustyczny koncert Peste Noire czy pierwszy występ Sunwheel. W tym roku były to pierwszy oficjalny koncert Akvlt, ostatni koncert Evil, pierwszy koncert Wodulf oraz hołd dla Kaldrada. (Wciąż mam nadzieję na koncert Whisper of Runes, najlepiej jako wydarzenie dzień przed rozpoczęciem festiwalu.) Szczerze mówiąc, już nie mogę się doczekać Asgardsrei 2020, choć podejrzewam, że tym razem system jeszcze bardziej będzie próbował wkładać kij w szprychy. Jednak Militant Zone to prawdziwa wojenna machina, która tym razem nie tylko złamała ten kij, ale też pokiereszowała trzymającą go dłoń, więc jestem nastawiony optymistycznie. Lewica często płacze, że święta Bożego Narodzenia (jak i inne europejskie tradycje) są zbyt patriarchalne, opresyjne, zbyt białe i trzeba je czymś zastąpić – ten pomysł można rozważyć tylko pod jednym warunkiem: święta zostaną zastąpione dwudniową edycją Asgardsrei w każdej europejskiej stolicy.

 

Jarosław Ostrogniew